Dziennik Gazeta Prawana logo

"Cyrk. Takie ruchy szkole nic nie dadzą". Nauczyciele oceniają plany MEN

21 lutego 2024, 07:01
Ten tekst przeczytasz w 8 minut
nauczyciel, szkoła, klasa, uczniowie
Zastępstwa nauczycieli w trakcie roku szkolnego to coraz częściej efekt braków kadrowych/Shutterstock
Polską szkołę czekają spore zmiany. Ministerstwo Edukacji Narodowej pod kierownictwem Barbary Nowackiej pracuje nad odchudzeniem podstawy programowej. Sprawdziliśmy, jakie zmiany zamierza wprowadzić MEN w nauczaniu historii oraz jak na te propozycje zapatrują się nauczyciele przedmiotu. Okazuje się, że temat wywołuje wiele kontrowersji i emocji.

Przypomnijmy, historia w ostatnich latach była jednym z tych przedmiotów, na które duży nacisk kład rząd Prawa i Sprawiedliwości, a nawet sam minister edukacji z ramienia PiS Przemysław Czarnek. Zarzucano poprzedniej władzy, że przedmiot jest przeładowany niepotrzebnymi uszczegółowieniami i przede wszystkim ideologią. Jakie zmiany czekają uczniów i nauczycieli teraz?

Głównym założeniem było odchudzenie treści dla wszystkich etapów edukacyjnych, co dotyczyło nie tylko historii, ale wszystkich przedmiotów. To ograniczenie było konieczne, bo podstawy były przeładowane i zwracali na to uwagę rodzice, nauczyciele i uczniowie - powiedział w rozmowie z Dziennik.pl dr Jakub Lorenc ze Szkoły Edukacji PAFW i UW, Prywatne LO nr 32 im. J. Moneta w Warszawie, współautor korekty podstawy programowej.

Lorenc przyznał, że prace nad wprowadzanymi zmianami szły w dwóch kierunkach. Po pierwsze staraliśmy się znaleźć takie tematy, które nie są niezbędne w pełnym zakresie do tego, żeby zbudować spójną opowieść o przeszłości i stąd wzięło się trochę skreśleń. Z drugiej strony, chcieliśmy nadać niektórym zapisom takie sformułowania , które nie gubiąc istoty, dawałyby możliwie jak największy zakres swobody nauczycielskiej i pozwalały im decydować o tym, na jaki poziom szczegółowości poszczególnych zagadnień dla swoich uczniów się zdecydują. I z tego wynikała kolejna grupa skreśleń - podkreślił. 

Nasz rozmówca zaznaczył, że właśnie dlatego twórcy korekty podstawy programowej starali się "konsekwentnie wykreślać wszelkiego rodzaju doprecyzowania". Robiliśmy to także z uwagi na to, że dokumenty w takiej wersji, w jakiej były wcześniej, a to była scheda przede wszystkim ministra Czarnka, zachwiały dość znacząco poziomem szczegółowości, jaki powinien różnić program nauczania - one są bardziej szczegółowe - od podstawy programowej, która jest dokumentem bardziej ogólnym - zaznaczył. Zatem te nasze wycięcia z jednej strony miały dać większą wolność nauczycielom i nauczycielkom i uwolnić od konieczności skupiania się na szczegółach, a z drugiej strony dążyły do tego, żeby tych treści było po prostu mniej. Wydaje nam się, że w tym sensie to są zmiany pragmatyczne - dodał. 

"To jest ciągle ta sama głowa, tylko z inną, bardziej dopasowaną do okoliczności fryzurą"

Zapytany, czy w programie nauczania historii będzie mniej ideologii, przyznał, że "poprzedni dokument podstawy był faktycznie zideologizowany na poziomie języka". - I część tych naszych zmian redakcyjnych, poszła właśnie w kierunku, aby ten język neutralizować. W historii też staraliśmy się to robić, ale trzeba pamiętać, że to jest ciągle ta stara podstawa i nie za bardzo mogliśmy ingerować w dobór treści w rozłożenie akcentów. Tak że to jest ciągle ta sama głowa, tylko z inną, wydaje się że bardziej dopasowaną do okoliczności fryzurą -stwierdził. 

Na pytanie, czy wprowadzone zmiany przełożą się na większą przyjemność z nauki historii, dr Jakub Lorenc powiedział, że to zawsze zależy od nauczyciela. Podstawa programowa jest dokumentem, który o tym nie rozstrzyga, ale mamy przekonanie, że po tych naszych ograniczeniach przede wszystkim nauczycielom i nauczycielkom będzie łatwiej prowadzić lekcje historii, żeby były bardziej interesujące dla uczniów i uczennic. Będą mieli więcej przestrzeni na bardziej dopasowane do lokalnych potrzeb ujęcie - zaznaczył. 

Zapytany o zmiany w podejściu do nauki patriotyzmu, na który poprzednia władza kładła ogromny nacisk, współtwórca korekty przyznał, że w tym zakresie zmian właściwie nie ma. Nasze zadanie sprowadzało się do cieć w treściach. Zmieniliśmy nieco wstępy do dokumentów ale ich ogólna wymowa pozwala być spokojnym o wychowawczy komponent historii w szkole. Podkreślamy tam, niewiele zmieniając poprzednią wersję, że celem lekcji historii jest poznanie polskiego dziedzictwa nie jako rzeczy zewnętrznej wobec nas, ale jako kształtującego nas i świat wokoło nas dobra, za które – tak samo jak za współczesność - trzeba brać odpowiedzialność - podsumował.

Jak planowane zmiany oceniają nauczyciele?

O planowane zmiany zapytaliśmy nauczycieli historii. Czy odchudzenie podstawy programowej ich zadowoli i czy wystarczy, aby lepiej i łatwiej było prowadzić lekcje?

Cieszę, że wprowadzone zostaną zmiany i cieszę się, że ministerstwo pochyliło się nad tym tematem tak szybko. Poprzedni program był przeładowany do granic możliwości. Nigdy nie wyrabialiśmy z całym programem, a uczniowie byli znudzeni szczegółami i ideologią wciskaną im przez szkołę. Tak że mam nadzieję, że po zmianach będzie chociaż trochę lepiej i dla nas nauczycieli i dla naszych uczniów - powiedziała nam Joanna Wiśniewska nauczycielka historii z Warszawy. Liczę jednak, że lekka korekta to dopiero początek zmian - dodała.

Natomiast nauczyciel historii z Łodzi z 15-letnim stażem, pan Krzysztof, który wolał nie ujawniać swojego nazwiska, jest bardziej krytyczny w kwestii planowanych zmian. Prawda jest taka, że system już tak bardzo nie działa i tak bardzo nie przystaje do dzisiejszej młodzieży i ich kompetencji intelektualnych, że moim zdaniem takie ruchy nic nie dadzą - powiedział w rozmowie z Dziennik.pl.

Dziś nie chodzi o to, żeby coś wyrzucić - bo to też, ale... to wymaga zmiany całego systemu, od zera, a nie decyzji, czy Pileckiego i Inkę wyrzucimy, a dorzucimy Wałęsę, czy "uczeń ma oceniać coś tam, uwzględniając coś tam, ale nie coś tam" - dodał.

Nauczyciel historii: System trzeba przebudować od podstaw

Zdaniem nauczyciela taka kosmetyka treści w praktyce nic nie zmieni, a "jest tylko pożywką dla politycznej bijatyki". Zdaniem pedagoga, problem w tym, że "nikogo dziś politycznie nie stać, ale też nikomu nie zależy na gruntownej zmianie systemu". Polska szkoła już przeżyła takie rewolucje ostatnio, że kolejna politycznie by się nie obroniła - wskazał. Jednak z drugiej strony ten system nie działa już totalnie i naprawdę nikt sobie nie zdaje sprawy jak bardzo… - zaznaczył.

Zdaniem innego nauczyciela z Łodzi - pana Tomasza, który naucza już ponad 20 lat - "system trzeba przebudować od podstaw i zrobić to radykalnie, zmieniając całą filozofię działania". Uważam, że powinno się połowę historii usunąć z podręczników. Dziś uczenie np. starożytnego wschodu, Rzymu, Grecji w szczegółach czy jakichś wydarzeń z XVII wieku kompletnie nie ma sensu. Dla uczniów to jest totalna abstrakcja, która intelektualnie z niczym im się nie spina. Jak sci-fi z przeszłości - stwierdził.

Do XIX wieku powinni mieć szczątkową wiedzą, a potem powinniśmy im tłumaczyć świat i mechanizmy szczegółowo, ale pokazując nawiązania do współczesności. A nie, że ja opowiadam, że jakiś Karol Gustaw coś tam najechał i że była jakaś defenestracja i coś tam… A moi uczniowie nic nie wiedzą z przeszłości i nic nie rozumieją z teraźniejszości, są tak bezradni i bezkrytyczni, że to jest przerażające - dodał.

"PiS zamordował autorytet nauczyciela"

Wszyscy nasi rozmówcy stwierdzili, że reforma powinna być przeprowadzona spokojne, a poprzedzić ją powinien długotrwały proces konsultacji. Reformę powinni zacząć od dwuletnich konsultacji ze środowiskiem, akademikami, społeczeństwem, zrobić porządną diagnozę i program naprawy na kolejną minimum dekadę - powiedział pan Krzysztof. A oni przychodzą i robią "reformę" jak zwykle - wyrzucą jakieś lektury, pokrzyczą, żeby zabrać prace domowe (co za idiotyzm!), wyrzucą z hukiem jakiegoś księdza z programu od historii i już zadowoleni. Edukacja to materia, która wymaga cierpliwości, ostrożności i rozwagi, a nie rewolucji co dwa lata, a na koniec sami spijemy tą śmietankę, co sobie naważymy, jak te pokolenia wyjdą ze szkół - podsumował.

Również pan Tomek podkreślił, że jego zdaniem to, "co teraz robi MEN, to kolejna kosmetyka, która ma pokazywać, że coś robią". Dodawanie, odejmowanie jakichś przedmiotów, usuwanie lektur - to budzi emocje, uwagę dziennikarzy, cyrk się kręci i o to chodzi, a to, że wszystko się wali... kogo to interesuje - powiedział.

I dodał, że nie ma wielkich nadziei, "a ruchy w MEN odczytuje jako pozorowane". Gorzej, że szkoła sama w sobie też niewiele może, bo PiS skutecznie zamordował autorytet nauczyciela, a raczej jego resztki - podsumował.

Rozmawiała: Aneta Malinowska (aneta.malinowska@infor.pl)

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
xy
Aneta Malinowska

Dziennikarka. Absolwentka studiów magisterskich na Uniwersytecie Łódzkim oraz podyplomowych na Uczelni Łazarskiego w Warszawie (Łazarski Executive Education). Pracowała m.in. w Polskim Radiu, Superstacji, Wirtualnej Polsce oraz w portalach Tokfm.pl i Gazeta.pl, a także w kilku mniejszych redakcjach radiowych i internetowych. W Dziennik.pl zajmuje się przede wszystkim tematami społeczno-politycznymi.

Zobacz wszystkie artykuły tego autoraBurze paraliżują Polskę. Ponad 820 interwencji strażaków. Alerty IMGW i RCB dla milionów Polaków »
Zapisz się na newsletter
Najważniejsze wydarzenia polityczne i społeczne, istotne wiadomości kulturalne, najlepsza rozrywka, pomocne porady i najświeższa prognoza pogody. To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik.pl. Trzymamy rękę na pulsie Polski i świata. Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj