Jak wielkim problemem dla rządu jest strajk nauczycieli?

Do protestu w formie strajku związki zawodowe mają prawo po wyczerpaniu procedury sporu zbiorowego. Jako były wieloletni działacz NSZZ Solidarność szczebla regionalnego i krajowego od samego początku miałem daleko idące wątpliwości co do zgodności z prawem przeprowadzonego sporu zbiorowego w poszczególnych szkołach przez Związek Nauczycielstwa Polskiego. Trzeba zwrócić uwagę, że dyrektor każdej szkoły jest pracodawcą. Jeśli w samej szkole nie wyczerpano procedury sporu zbiorowego, czyli nie ogłoszono protestu oraz nie odbyły się mediacje, to moim zdaniem, nie ma podstaw prawnych do strajku. Myślę, że tym mogliby zająć się prawnicy. Broń Boże nikogo nie chcę straszyć! Chodzi mi jedynie o szacunek wobec prawa, a także o rozwianie wątpliwości, i mówię to jako były działacz Solidarności. Uważam, że ZNP nie skorzystało z istniejących, niezbędnych, procedur. Warto, aby ktoś się nad tym zastanowił.
Same protesty to pewna immanentna część działalności związków zawodowych. Jeżeli nie osiąga się porozumień to wówczas sięga się do takich metod, których zakończeniem są akcje strajkowe. Oczywiście każdy protest jest problemem dla rządu. My, w przeciwieństwie do naszych poprzedników, czyli koalicji PO-PSL chcemy ten konflikt rozwiązać. Proszę jednak zauważyć, że my zawsze rozmawiamy z protestującymi. Nasi poprzednicy tego nie robili. Komisja Trójstronna ds. dialogu społecznego najnormalniej w świecie się wówczas rozpadła. Nikt nie liczył się ze zdaniem związków zawodowych. Warto przypomnieć zdarzenia pod Jastrzębską Spółką Węglową, kiedy użyto broni gładkolufowej do górników broniących swoich miejsc pracy. Tak wtedy wyglądał dialog.

Jak powinna zatem wyglądać pana zdaniem prawidłowa procedura?

Nauczyciele są członkami związków zawodowych. Nie we wszystkich szkołach są jednak struktury Solidarności czy ZNP. Taka jest prawda, nie każdy musi być aktywny w takich zrzeszeniach. Jednak tam gdzie działa ZNP, przewodniczący koła powinien zgłosić postulaty płacowe dyrektorowi szkoły. To jest jego pracodawca, który wtedy rozpoczyna negocjacje. Wiadomo z góry, że nie da się wtedy osiągnąć kompromisu, bo dyrektor nie dysponuje pieniędzmi na takie cele. Organ prowadzący, czyli gmina, też niechętnie sięga po środki na podwyżki chociaż za płacenie za strajk wiele gmin takie środki wyasygnuje. Mimo wszystko, w trakcie tych negocjacji pojawia się mediator, próbujący rozładować napięcie. Dopiero, gdy nie przynosi to efektu, można w trakcie mediacji przeprowadzić dwugodzinny strajk ostrzegawczy. Jeśli to nie przynosi efektu, można przejść do strajku o zasięgu ogólnopolskim. W tym przypadku, moim zdaniem ten element mediacji i negocjacji na poziomie szkoły nie został wyczerpany przez ZNP.

Czym to skutkuje?

Dyrektor szkoły jest zobowiązany poinformować Inspekcję Pracy o tym, że u niego jest wszczęty spór zbiorowy. Proszę sobie wyobrazić, że dokonało tego jedynie około 40 proc. szkół. Zatem mamy prawo domniemywać, że w większości szkół w ogóle nie skorzystano z rozpoczęcia sporu zbiorowego. Jaka zatem jest legitymacja pana Sławomira Broniarza do tego, aby mówić o strajku ogólnopolskim?

Dysponuje wynikami przeprowadzonego referendum.

Tak, ale referendum strajkowe przeprowadza się, kiedy wyczerpano ścieżkę mediacyjną na terenie zakładu pracy, a takim jest szkoła. Tymczasem ponad połowa szkół w ogóle nie zgłosiła do Inspekcji Pracy sporu zbiorowego. Można by nawet powiedzieć, że skoro nie ma sporu zbiorowego to nie ma problemu. Może to zbyt daleko idące stwierdzenie, ale z formalnego punktu widzenia tak właśnie jest. To poważny problem dla ZNP. Po wtorkowych negocjacjach ZNP uznało, że wszystkie progowe kwestie zostały doprecyzowane i Solidarność prawdopodobnie nie weźmie udziału w strajku. Z wiedzy jaką posiadam Sekcja Krajowa NSZZ "Solidarność" Oświaty odmówiła udziału w takiej formie protestu.

ZNP może zarzucać, że Solidarność nie wspiera nauczycieli tak bardzo jak oni.

Sławomir Broniarz uprawia politykę kosztem dzieci. Gdyby naprawdę chciał rozwiązać problemy nauczycieli to horyzontalnie negocjowałby z rządem wynagrodzenia w całej budżetówce. Poza tym negocjacje zakładają ustępstwa z obu stron, tu tego nie widać. Sugerowanie, że Solidarność chce złamać strajk jest bezzasadne. Solidarność nie proklamowała strajku. Odbył się protest głodowy kilku nauczycieli. To jednak pokazuje odpowiedzialność Solidarności. Nie posługuje się dziećmi jak żywymi tarczami, tylko jako dorośli wzięli problem na swoją odpowiedzialność i postanowili z tej pozycji rozmawiać z rządem. W działaniach Solidarności w ogóle nie pojawia się szafowanie argumentem dzieci w kontekście strajku. Z kolei rząd uczciwie proponuje, aby kwestie płacowe zostały uwzględnione w następnej perspektywie budżetowej. Premier Morawiecki prosił o zaufanie do rządu i zadeklarował, że w 2020 roku nauczyciele dyplomowani będą zarabiać sześć tysięcy złotych brutto z dodatkami.

Czy strajk z pominięciem procedury zbiorowej będzie nielegalny?

Zgodnie z moim doświadczeniem związkowym tak to właśnie wygląda. Nie jestem jednak prawnikiem. Temu problemowi powinien przyjrzeć się ktoś kto stoi trochę z boku, bez emocji.

Kto ma to zrobić? Prokuratura?

Nie, myślę, że da się to zrobić na poziomie kuratoriów. Kuratorzy mają pełną wiedzę i to oni mają w swoich strukturach prawników, którzy mogą przeprowadzić stosowne analizy i wydawać opinie. I powtórzę to po raz kolejny, tutaj nie chodzi o straszenie ZNP tylko przestroga wynikająca z sentencji łacińskiej ignorantia iuris nocet - nieznajomość prawa szkodzi.

I co potem?

Jeśli potwierdziłyby się moje słowa, to strajk proklamowany na 8 kwietnia mógłby okazać się protestem nielegalnym.

Uda się zakończyć konflikt?

Pozostaję optymistą, wierzę w porozumienie ze stroną rządową. Jednak zaporowe postulaty polityczne prezesa Broniarza takie jak tysiąc złotych podwyżki do wynagrodzenia podstawowego są nie do zrealizowania. Tutaj nie mamy do czynienia z wyjściem na przeciw potrzebom płacowym nauczycieli, którzy w istocie powinni zarabiać więcej. Tu chodzi o to, aby nie rozwiązać problemu i eskalować napięcie. ZNP liczy na to, że strajk będzie prowadził do destrukcji gabinetu premiera Mateusza Morawieckiego i przetasowań na scenie politycznej.

Pojawiły się głosy o dymisji minister Zalewskiej. Nie da się ukryć, że również Solidarność oświatowa nie jest zadowolona z jej działalności.

Oceny są zależne od stron sporu. Część związków zawodowych negatywnie ocenia panią minister. Jednak my jako politycy, mamy odmienne zdanie. Minister Zalewska podjęła się trudnej roli, odbudowała zaufanie do szkół, przywróciła zderegulowaną przez poprzedników infrastrukturę. Za rządów PO-PSL zlikwidowano 2,5 tys. szkół. Ponad 47 tys. nauczycieli odeszło wtedy z zawodu. Dzięki polityce minister Zalewskiej zatrudniliśmy ponownie kilkanaście tysięcy nauczycieli. Ponadto, przywróciliśmy likwidowane szkoły i wprowadzamy do tych placówek wysokie technologie - np. internet szerokopasmowy. To wszystko stanowi dorobek obecnej minister. Dojście do wyższych wynagrodzeń to również efekt jej trudnej pracy i ciężkich negocjacji z 2017 roku. 3x5 proc. - takie były ustalenia i należy ich dotrzymywać. Uważam, że Anna Zalewska jest dobrym ministrem i za wcześnie by wyciągać zbyt pochopne negatywne wnioski. Zmiany w oświacie są zmianami systemowi, a co z tym związane zachodzą powoli, ale warto je dostrzegać.

Skoro sukcesy mają dopiero być dostrzeżone w przyszłości to może warto pozostawić minister na dotychczasowym stanowisku a nie wysuwać jej kandydaturę do Parlamentu Europejskiego?
Każdy jest dorosłym człowiekiem i podejmuje autonomiczne decyzje. Szefostwo partii uznało, że to dobra kandydatura, a sama minister wyraziła na nią zgodę. Nie chcemy w takiej sytuacji ograniczać możliwości startu. Poza tym mamy naprawdę długą ławkę fachowców przygotowanych do tego, by godnie ją zastąpić gdy wygra.

Na przykład kogo?

Być może kogoś z zastępców. Nie ode mnie to zależy, wymagana jest tu cierpliwość.