Robert Mazurek: Posyłałem dzieci do szkoły publicznej i prywatnej, świeckiej i katolickiej, żadna nie rozwija ich zainteresowań. Mój 9-letni syn ma szajbę na punkcie ptaków i autentyczną wiedzę na ich temat, ale zawdzięcza to prędzej Jankowi Kelusowi niż szkole.

Jan Wróbel: Ach, ty byś jeszcze chciał, żeby w szkole znalazł się ktoś, kto podziela pasję twojego syna i ją rozwijał. Gdyby się ktoś taki znalazł, ale nie miał odpowiednich uprawnień do nauczania tego konkretnego przedmiotu, dla dzieci w określonej grupie wiekowej, to nie mógłby tego robić. Kontrolujący szkołę system pyta najpierw o uprawnienia nauczyciela, potem o wystawione oceny i wreszcie, ile osób zdało, a ile nie. Szkoła to fabryka, która działa na wielkich liczbach, a nie na twoim jednym dziecku. Kwestia skali, panie Mazurek.

Ale szkoła właśnie dla tego jednego została stworzona. Bo każdy z tych uczniów jest jeden, a ty mówisz o skali.

Zachęcam wszystkich rodziców, by myśleli tak jak ty, ale powiedzmy sobie szczerze, że w systemie edukacyjnym rodzice nie są bardzo ważni. Są trzymani z daleka od szkoły, bo nie są specjalistami.

To mnie straszliwie irytuje.

Słusznie, ale spójrz też na to w ten sposób, że ani szkoła, ani rodzice nie umieją współpracować. Szkoła nie chce dzielić się władzą, a rodzice kultywują postawę roszczeniową: "Wyrwę coś dla swego dziecka". Przy naszej kulturze lepiej, by rodzice byli z daleka od szkoły.

Dostrzegasz, że przez lata do zawodu nauczycielskiego obowiązywała selekcja negatywna? Oczywiście zawsze trafiali tam pasjonaci, ale z zasady matematyczka nie umie mówić po polsku.

Po moich audycjach w radiu wszystkie moje błędy językowe wyłapuje nauczycielka matematyki, jednak zgadzam się, że to wyjątek.

OK, tylko dlaczego poprawnie po polsku nie mówi też nauczyciel historii, a nawet polonistka?

Bo polska szkoła szuka: matematyków, fizyków, biologów, a nie szuka nauczycieli. I to jest problem. Bo powiedzmy, że matematyczka, która poprawia moje błędy językowe, uczy w mojej szkole i ja jej proponuję: "Aniu, jesteś świetna, poradzisz sobie. Ucz dzieci polskiego". Przecież to niemożliwe.

Żaden system tego nie zaakceptuje, żadna kontrola, żadne kuratorium. Miałem swego czasu kontrolę, a kontrolującym nie była żadna tępa baba, ale inteligentka warszawska. Musiałem jako dyrektor dokonywać cudów, by uratować część lekcji prowadzonych przez człowieka, który nie miał formalnych uprawnień. Co z tego, że prowadził lekcje świetnie i wszyscy go szanowali…

Jak to, przecież to prywatna szkoła, nie może u ciebie uczyć choćby strażak?

Mamy portiera, który prowadzi koło szachowe. Poza tym jego wiedza historyczna i geograficzna jest taka, że jak chcę kogoś zawstydzić, to zaczynam przy nim rozmowę z panem Wiesiem i okazuje się, że pan Wiesio bez trudu wie, kiedy w Chinach panowała dynastia Tang, czyli coś, czego ja się uczyłem po nocach przed lekcjami.

No właśnie, czemu pan Wiesio nie uczy?

Bo żeby mieć uprawnienia szkoły publicznej, musimy spełniać wszystkie wymogi, czyli zatrudniać wyłącznie ludzi z formalnym wykształceniem.

To moja, prywatna szkoła. Czemu nie mogę zatrudnić pana Wiesia?

Bo gdyby rodzice decydowali, kto ma uczyć ich dzieci, pomysł podchwyciliby rodzice szkół publicznych – i wtedy runąłby system. Uprawnienia przychodzą wprost z Brukseli, nie może sobie jakiś tam rodzic czy właściciel zatrudniać pana Wiesia albo pozwolić, żeby ktoś, kto ma uprawnienia do nauczania wiedzy o społeczeństwie, uczył historii.

W polskiej szkole historii nie mógłby uczyć prof. Antoni Dudek?

Dlaczego?

Bo skończył politologię, nie historię.

(śmiech) Z kolei ja przez jakiś czas nielegalnie uczyłem WOS-u…

Cholera, gdzie my żyjemy?

W Urzędowie!