Mikołaj Herbst - doktor habilitowany nauk ekonomicznych, adiunkt w Centrum Europejskich Studiów Regionalnych i Lokalnych na UW. Specjalizuje się w problematyce ekonomii edukacji i rozwoju regionalnego.

DGP: Jesteśmy w dziwnym punkcie: już po wielkiej reformie, choć kurz jeszcze nie opadł. Co dziś wiemy o stanie naszego systemu edukacji?

Mikołaj Herbst: Trudno sprawiedliwie ocenić polską szkołę. Mam wrażenie, że jest to nadal dość sprawnie działająca instytucja, ale często zagubiona w tym, co robi. Jest jak uczeń, który dostaje przyzwoitą ocenę na sprawdzianie, mimo że kompletnie nie rozumie zadawanych mu pytań. W chaosie ciągłych zmian straciliśmy zdolność do zadawania pytań fundamentalnych, takich jak „po co nam edukacja?” albo „jakim człowiekiem powinien być absolwent szkoły?”. Oczywiście każdy uczeń, nauczyciel czy dyrektor szkoły może próbować sam odpowiedzieć na te pytania, ale nie mam poczucia, że państwo do tego zachęca. Rząd stoi na stanowisku, że najważniejsze reformy polegają na przestawianiu ławek i zmianie tabliczek na budynkach, a nie na zadawaniu kluczowych pytań.

Może była to potrzebna reforma, tylko źle wdrożona?

Nie.

Dlaczego?

Zarówno z powodów fundamentalnych, o których wspomniałem przed chwilą, jak i z powodu stylu jej wprowadzania. Aroganckiego, siłowego. O ile w trakcie przygotowań do zmiany wskazywano na realne problemy edukacji i próbowano, choćby dla celów propagandowych, powiązać je z kolejnymi planowanymi reformami, o tyle w późniejszych miesiącach nawet nie pozorowano już debaty publicznej. Cele tej reformy od początku miały raczej naturę polityczną i nie wynikały z analizy systemu edukacji.

PEŁNA WERSJA TEKSTU W ELEKTRONICZNYM WYDANIU "DGP">>>