Była złudnie prosta - ocenia jeden z matematyków. W tym roku uczniowie po raz pierwszy pisali test w nowej formule.

To pierwszy rocznik, który uczył się według nowej podstawy programowej.

Część polonistyczna: nie wymagała żadnej wiedzy

Hanna Gajowniczek, polonistka ze szkoły im. Henryka Sienkiewicza w Pilawie uważa, że zadania były tak proste, że wręcz rozczarowujące. Jedyną rzeczą, która mogła dla jej uczniów - ci pochodzą ze środowisk wiejskich - stanowić pewien kłopot, był tekst z "Newsweeka". Jednak pytania, jak podkreśla, nie były podchwytliwe, a na pewno nie wymagały żadnej wiedzy.

I choć takie było zamierzenie autorów testu (w nowej formule miał sprawdzać przede wszystkim umiejętność logicznego myślenia), to zdaniem nauczycielki, nie dawał uczniom możliwości popisania się zdobytymi informacjami. Jako przykład podaje komiks.  - Dla uczniów może i stanowił miłą niespodziankę, jednak według nauczycieli zabrakło formy poetyckiej - mówi Gajowniczek.

Dzieci uczą się latami o metaforach, epitetach i innych środkach stylistycznych, wiersz też pojawiał się na wszystkich próbnych sprawdzianach. Teraz tej wiedzy nie mogły wykorzystać. - Na sprawdzianie było co innego niż to, czego uczę na lekcjach - dodaje.

Poloniści są zgodni, że test nie miał też "szóstkowych zadań", które by pozwoliły się wykazać zdolniejszym uczniom. I przewidują, ze wynik będzie dla wszystkich wysoki.

Część językowa: łatwiejsza niż na testach próbnych

Angielski - ta część testu także nie była dla uczniów trudna. Znaczna część dzieci wychodziła przed czasem. Zadania miały być przy tym prostsze niż testach próbnych i - jak podkreślają nauczyciele - dostosowane do umiejętności tych, którzy nie kładli dużego nacisku na naukę języków obcych. 

Część matematyczna: zadania z życia wzięte

Matematycy z kolei oceniają, że ich sprawdzian był trudniejszy - dzieci musiały sprawnie liczyć ułamki i procenty. Kilka zadań było też podchwytliwych. Choćby to, w którym należało podać wysokość trójkąta. Ale część dzieci gubiło się też w wyliczeniach w zadaniach otwartych.

Było mało czasu - przyznaje także Ewa Straszewska, prowadząca niepubliczną szkołę nr 97 w Warszawie. 

To, co eksperci oceniają na plus, to fakt, że zadania odnosiły się do życia codziennego. Na matematyce dzieci liczyły, ile muszą użyć cukru, by upiec biszkopt, lub też kalkulowały, jaki będzie koszt wysłania SMS-ów. 

"Sprawdzianu mogłoby nie być"

Błędem, zdaniem nauczycieli, była forma przeprowadzenia sprawdzianu - uczniowie zdawali wszystko jednego dnia. Najpierw 80 minut części polonistyczno-matematycznej, a potem - po ponad godzinnej przerwie - część językowa, czyli angielski.

- Dzieci się odprężyły i już uważały, że mają wszystko za sobą - mówi dyrektorka szkoły. 

Gajowniczek dodaje, że myląca dla dzieci mogłaby być cała otoczka formalna, choćby dlatego, że musiałby same przylepić nalepki z PESEL-em. - Wiele było bardzo zdenerwowanych właśnie tym -  mówi polonistka.

Nauczyciele zgodnie przyznają, że sprawdzianu w ogóle mogłoby nie być. Tylko stresuje dzieci. Po drugie, w szkołach rejonowych mają zagwarantowane miejsce, zaś do lepszych placówek i tak muszą przechodzić kolejne sprawdziany - wyliczają argumenty.

W tym roku do sprawdzianu podeszło około 350 tysięcy dzieci.

CZYTAJ TAKŻE: NIK krytycznie o egzaminach w szkołach. Prace egzaminacyjne źle sprawdzane >>>