Dyrektor, sześcioro nauczycieli i ani jednego ucznia. Do takiej sytuacji doszło cztery lata temu w łódzkim XXXV LO – katastrofalna rekrutacja spowodowała, że nie było chętnych do nauki. Pustej szkoły nie dało się zamknąć w trakcie roku szkolnego, bo nie pozwalały na to przepisy. Podobna sytuacja przydarzyła się w Biskupicach w województwie świętokrzyskim. We wrześniu 2017 r. nie pojawił się w szkole żaden uczeń. Z braku odpowiednich warunków (nie było m.in. sali gimnastycznej) rodzice przenieśli pociechy do innej placówki. Mimo skarg i zażaleń wójta do Ministerstwa Edukacji Narodowej kuratorium odmawiało likwidacji pustej szkoły.

Ale zdarzają się także odwrotne sytuacje. W zeszłoroczne wakacje dyrektorka szkoły w Monkiniach na Podlasiu zrezygnowała z pracy, a nauczycielki poszły na zwolnienia lekarskie. Wójt gminy Nowinka postanowiła zamknąć placówkę, bo nie było komu w niej uczyć, a mimo ogłoszenia konkursu na nowego dyrektora nie udało się go powołać. Dzieci przeniesiono do innych szkół z dowozem gwarantowanym przez gminę.

W tym roku ten trend się nasilił, a po kwietniowym strajku, do którego przystąpiło 16 tys. szkół, informacje o bezludnych pokojach nauczycielskich są przygnębiającą normą. Z sondy przeprowadzonej przez DGP wynika, że w ośmiu województwach (łódzkim, mazowieckim, małopolskim, zachodniopomorskim, lubelskim, opolskim, wielkopolskim i świętokrzyskim) jest ponad 7 tys. wakatów na stanowiska nauczycieli. Według szacunków „Rzeczpospolitej” we wrześniu może zabraknąć 11 tys. pracowników oświaty. Już przed wakacjami z dużych polskich miast dochodziły niepokojące sygnały na temat kadrowych niedoborów w szkołach. W Warszawie brakowało prawie 1,7 tys. chętnych do pracy przy tablicy w podstawówkach i około 1,4 tys. w szkołach ponadpodstawowych. W Poznaniu – przeszło 700 pedagogów, w Krakowie – 160.