DGP: Cieszy się pan, że nauczyciele z regionalnych oddziałów oświatowej Solidarności przyłączyli się do strajku i wstępują do pańskiego związku?

Sławomir Broniarz: O tym, jaka jest postawa członków Solidarności w szkołach i przedszkolach, wiedzieliśmy od dawna. Nie zaskoczyło mnie to. W poniedziałek od rana odbierałem telefony. Ludzie informowali, że członkowie Solidarności przystąpili do strajku.

Beata Szydło mówi, że to będzie pańska wina, jeśli egzaminy gdzieś się nie odbędą. Czy bierze pan odpowiedzialność za uczniów?

Już 10 stycznia zarząd główny podjął uchwałę o wejściu w spór zbiorowy. 4 marca poinformowaliśmy rząd o terminie strajku. To z naszej inicjatywy negocjacje w ramach Rady Dialogu Społecznego rozpoczęły się 25 marca. W tym czasie pisaliśmy też do premiera. Czy można jeszcze bardziej prosić stronę rządową o rozmowy i wysłuchanie? Rząd już dawno mógł nie dopuścić do strajku.

Może zgodzi się pan, by np. na czas pierwszych egzaminów gimnazjalnych zawiesić strajk?

Dzisiaj liczymy placówki, które strajkują.

I co z tego liczenia wychodzi? MEN próbuje udowodnić, że nawet 50 proc. szkół i przedszkoli nie przystąpiło do protestu.

Dane Ministerstwa Edukacji Narodowej dotyczące liczby strajkujących placówek są inne – niższe z uwagi na metodologię liczenia. My zbieramy dane tylko z publicznych samorządowych szkół, przedszkoli, placówek oświatowych i zespołów szkół. Nie bierzemy pod uwagę wszystkich placówek, które znajdują się w Systemie Informacji Oświatowej. Zespół szkół, w skład którego może wchodzić kilka podmiotów, jest dla nas tylko jedną placówką, czyli jest jeden pracodawca i jeden związek zawodowy, który wszedł w jeden spór zbiorowy. Natomiast z informacji, jakie otrzymaliśmy od dyrektorów szkół, wynika, że kuratorzy oświaty na prośbę MEN zbierali dane inaczej. Dla ministerstwa zespół szkół nie jest jedną placówką, tylko np. trzema placówkami, jeśli w jego skład wchodzi np. liceum, technikum i szkoła branżowa.

Ale chyba od tych statystyk nie uzależniacie kontynuacji strajku w dniu egzaminów?

Jaka jest skala poparcia dla strajku, wiemy od dawna. Pokazały to wyniki referendum. Mobilizacja jest ogromna. Nigdy dotychczas takiej nie było.

Dzieci w środę przystępują do egzaminów gimnazjalnych. Siedzą jak na szpilkach. Czy zdecydowałby się pan na strajk, jeśli pańskie dziecko miałoby takie ważne egzaminy zewnętrzne?

To, że ten czarny scenariusz się ziścił, to efekt decyzji rządu. Nikogo nie zaskakiwaliśmy, jak zrobili to m.in. policjanci. Egzaminy zewnętrzne organizuje Centralna Komisja Egzaminacyjna i to ona ustala terminy. Rodzicom tłumaczymy, że mamy wspólny cel: jest nim dobra edukacja. A dobrej szkoły nie stworzymy bez dobrych i godnie zarabiających nauczycieli. Walczymy o wzrost wynagrodzeń, ale jednocześnie o większe pieniądze dla oświaty. Chcemy, żeby samorządy otrzymywały z budżetu państwa wyższą subwencję na szkoły, przedszkola i placówki oświatowe. I prosimy o wyrozumiałość.

Nie odpowiedział pan na pytanie, czy też by pan tak walczył, gdyby pańskie dziecko przystępowało do egzaminu?

Nic by to nie zmieniło.

W ekipie rządowej ludzie są rozdarci, bo z jednej strony chcą, aby egzaminy się odbyły, ale z drugiej strony padają też głosy, że skoro Broniarz chce konfrontacji, to będzie ją miał. Nie obawia się pan, że po kilku dniach nauczyciele sami zdecydują, że tracą coraz więcej finansowo i trzeba kończyć ten strajk? Może jednak dogadać się we wtorek i wyjść z tego protestu z twarzą?

To protest setek tysięcy nauczycieli i pracowników oświaty, a nie mój. Obrażanie drugiej strony na pewno nie pomoże w rozwiązaniu tej napiętej sytuacji.

Załóżmy, że rząd zaproponuje 20–25 proc. z żądanych przez pana 30 proc. podwyżki w tym roku. Co pan w zamian oferuje, aby jakość edukacji była na wyższym poziomie?

Rozmawia się przy stole negocjacyjnym, a nie na łamach gazet.

Nie pytam o negocjacje, tylko o sposób na zwiększenie jakości kształcenia w szkołach.

Jest nim inwestowanie w edukację. Strona rządowa mówiła natomiast tylko o „dosypywaniu” do edukacji. Na pewno nie da się tego zrobić, przyjmując pakiet zaprezentowany przez wicepremier Beatę Szydło, polegający na zwiększeniu pensum od 25 proc. do 33 proc. To by oznaczało m.in. znaczącą redukcję etatów nauczycielskich i pogorszenie oferty edukacyjnej w szkołach wiejskich.