Czy nauczycielom podoba się sposób, w jaki rząd przeprowadził rewolucję w postaci darmowego elementarza dla I klas podstawówki?

Sławomir Broniarz: To jest bez wątpienia element prorodzinnej polityki państwa. Ale jako związek nauczycieli uważamy, że nie ma potrzeby robienia takiej podręcznikowej rewolucji, którą wywołała minister Kluzik-Rostkowska.
Jeśli MEN już chce tworzyć rządowy podręcznik, to niech robi to wolniej i spokojniej, wykorzystując procedury ustawowe.
Resort doszedł do wniosku, że jest taki stachanowski pęd do tego, by stworzyć namiastkę podręcznika, który będzie gestem politycznym wobec rodziców. Na rynku było tyle podręczników, że gdyby Ministerstwo Edukacji Narodowej ogłosiło konkurs na najlepszy z nich, na pewno udałoby się wyłonić materiał gotowy do wzięcia. Gdyby przecież np. minister transportu zlecił jakiemuś konsorcjum budowę fragmentu autostrady, to byłaby awantura w skali całego kraju. A sprawa podręcznika jakoś tak przeszła bez echa.
Na dziś mamy sytuację, w której stworzono ustawę dającą rządowi prawo wydawania podręcznika. Czyli wracamy do okresu stanu wojennego. Sprawa podręcznika jest bardzo niebezpiecznym precedensem. Bo każdy kolejny rząd będzie miał prawo wydania swojego podręcznika w wersji przyjętej przez siebie.

Jakie sygnały płyną od nauczycieli w sprawie rządowego podręcznika?

Po pierwsze nauczyciele nie mieli wyboru w tej sprawie. To, jaki będzie podręcznik w szkole, zdecydował organ prowadzący, a nie nauczyciel. Chyba tylko niektóre szkoły prywatne i prowadzone przez organizacje kościelne wybrały inny podręcznik, kupując go z własnych środków. Recenzje elementarza rządowego będą wtedy, gdy zakończymy rok szkolny. Należy się jednak zastanowić, czy metoda tworzenia podręcznika przez rząd, jest słuszna.

Po majowej sesji egzaminacyjnej okazało się, że aż 1/3 maturzystów nie zdała egzaminu. Mówi się wręcz o straconym pokoleniu. Co takiego się stało? Młodzież przestała myśleć czy problem leży w systemie?

Stworzono miraż, że wszyscy jesteśmy jednakowo zdolni i pracowici, co uprawnia nas do zdania egzaminu dojrzałości na wysokim poziomie. A przecież tak nie jest. Różne też jest podejście młodzieży do obowiązków szkolnych a reform szkolnictwa spowodowała m.in. zwiększenie liczby osób przystępujących do matury. Nie ma szkół zawodowych, bo po reformie z 1998 roku bez mała zlikwidowano szkolnictwo zawodowe. Nagle tym ludziom, których celem było jak najszybsze wejście na rynek pracy kończąc zasadniczą szkołę zawodową, powiedziano: „nie, wy nie pójdziecie do zawodówki, ale do liceum profilowanego lub innego, które da wam świadectwo dojrzałości”. W ten sposób młody człowiek z ambiwalentnym stosunkiem do nauki, który chciał się usamodzielnić, musiał pójść do szkoły kończącej się maturą. Poza tym aby mówić o dramacie należałoby wpierw dokonać oceny wyników matur z kilku lat w oparciu porównywalne skalę trudności egzaminów, standaryzacje zestawów treści egzaminacyjnych a tego nie zrobiono i dopiero wówczas wyciągać tego rodzaju wnioski.

Ale nie tylko matura sprawia problem. Pierwszego egzaminu zawodowego nie zdało 40 proc. uczniów. Pani minister zapowiedziała, że rok 2014/2015 będzie rokiem szkolnictwa zawodowego.

Jesteśmy mistrzami świata w generowaniu takich zapowiedzi, za którymi nie idą działania jak choćby laptop dla każdego ucznia. Mam nadzieję , że tym razem nie skończy się na zapowiedziach i deklaracjach. Szkoła zawodowa nie może być szkołą trzeciego czy czwartego wyboru. Dziecko powinno tam iść nie dlatego, że jest intelektualnie niekompetentne, tylko dlatego, że chce się jak najszybciej usamodzielnić. Niestety teraz wszyscy chcą mieć maturę, być menadżerami i zajmować się giełdą. Tymczasem potrzebna jest nam też grupa krawców, szewców czy hydraulików. Poza tym, nie wiedzieć czemu w Polsce o kierunkach rozwoju szkolnictwa decyduje dyrektor szkoły.

A kto powinien?

Moim zdaniem ministrowie gospodarki, edukacji, pracy i polityki społecznej oraz marszałkowie województw. Sam dyrektor ma ogląd sytuacji tylko ze swojego podwórka. Ale może się okazać, że dyrektor w sąsiednim powiecie wybierze ten sam kierunek kształcenia i nagle okaże się, że mamy nadpodaż specjalistów w określonej dziedzinie, której rynek nie jest w stanie zagospodarować. Szkoła jest w stanie przygotować każdego fachowca, tylko musi wiedzieć, jakiego. Warto doposażyć szkoły w najnowszy sprzęt niezbędny do nauki zawodu, powiązać edukację z przedsiębiorstwami, pomóc rzemiosłu. A do tego potrzebne są decyzje wykraczające poza szczebel szkoły.

Ale sporo zależy od kompetencji nauczycieli. NIK wykazała, że w większych szkołach, które przejęły uczniów zlikwidowanych placówek, był większy odsetek nauczycieli dyplomowanych i mianowanych niż w szkołach, których prowadzenie wzięły na siebie stowarzyszenia. A to może mieć wpływ na jakość kształcenia.

Czy w stowarzyszeniowych szkołach są gorzej wykształceni nauczyciele? Nie, są tak samo wykształceni jedynie mniej zarabiają a więcej pracują bowiem te szkoły nie muszą zatrudniać w oparciu o Kartę. To oblicze typowe dla polskiej ekonomii. Jak najwięcej wycisnąć z pracownika za jak najmniejsze pieniądze. Ale 97 proc. nauczycieli to magistrowie, a prawie 60 proc. to nauczyciele dyplomowani. A Karta gwarantuje, że nauczyciele w szkołach publicznych prowadzonych przez samorząd – niezależnie od tego, czy to są Rykowiska, Warszawa Śródmieście, czy Szczecin – muszą mieć jednakowy poziom wykształcenia i jednakowe ścieżki rozwoju zawodowego. Stabilizatorem jakości wykształcenia w Polsce jest właśnie Karta nauczyciela. Mówił o tym wiceminister Maciej Jakubowski, którego nadal, mimo że już nie jest ministrem, uważam za jedynego człowieka z resortu edukacji, który wiedział o czym mówi.

Test szóstoklasisty pokazuje, że dzieci w podstawowych szkołach niepublicznych mają lepsze wyniki.

Jeżeli szkoły samorządowe będą miały tak wyselekcjonowanych uczniów, tak jak w większości mają szkoły społeczne, to zapewniam, że wynikami będą biły szkoły społeczne na głowę choć i tak, jak pokazują rankingi, dominującą pozycję mają właśnie szkoły samorządowe. Mówienie więc o tym, że szkoły społeczne lepiej kształcą, to nic innego jak napędzanie im klientów. Nie sądzę, by minister edukacji powinna występować w tej roli. Po drugie, wszelkie badania pokazują, że szkoły samorządowe są o wiele lepsze, biorąc pod uwagę odsetek młodzieży tu i tam.

To, że mimo nacisków samorządów, rząd wycofał się z reformy karty nauczyciela, odbiera pan jako przedwyborczy unik czy przyznanie racji nauczycielom?

To jest pytanie do tych, którzy ten pomysł forsowali. Od 25 lat mamy niezależny Sejm. Ten Sejm w każdej konfiguracji politycznej mógł z kartą zrobić, co chciał. Dziś większość koalicyjna również mogłaby to zrobić, gdyby istniały przesłanki do tak radykalnych zmian. Natomiast przypomnę, że pani minister nigdy nie wyartykułowała w jasny sposób, w którym kierunku te zmiany miałyby iść. Może poza samym stwierdzeniem, że najlepiej zlikwidować Kartę. Zakładam także, że minister edukacji mówiąc, że w szkołach, w których nie obowiązuje karta, dzieci się lepiej uczy myślenia, wyraża tylko swój osobisty pogląd. Rodzi się jednak pytanie oparciu o co pani minister to mówi? Chyba bardziej jako publicysta. Próba likwidacji karty musi być zderzona nie tylko z większością parlamentarną, ale także z merytorycznymi przesłankami. Co pani minister chce zmienić? Pensum? Przecież pensum niczym się nie różni od tego, które mają nauczyciele w innych krajach. Koszty prowadzenia szkół ? Bardziej już na edukacji oszczędzać się nie da, a powtórzę: Karta wymusza jakość pracy i podnoszenie kwalifikacji.

Badania OECD pokazały, że jest niższe.

Tylko ono jest tam zupełnie inaczej reprezentowane. Pensum wynosi 19-20 godzin, ale tygodniowy wymiar pracy to jest 40 godzin. Zwracam uwagę, że do pensum trzeba dołożyć godziny, które nauczyciel przepracowuje w szkole. Estonia ma 23 godziny, to jest ten czas, który nauczyciel ma obowiązek być w szkole. Ale nauczyciel polski spędza w szkole przynajmniej jedną godzinę dziennie, co daje już 24 godziny tygodniowo. Badania IBE, które przeszły bez echa, wykazały, że czas pracy nauczyciela wynosi 47 godzin zegarowych. Ta informacja przeszła bez echa , bo popsuła ona obiegowy pogląd o nauczycielskim czasie pracy. Wyobrażam sobie gdyby badanie dało wynik zgodny z ta opinią. Media rozpisywałyby się o tym tygodniami. Poza tym polscy nauczyciele zarabiają nadal jedną z najniższych stawek w UE a o tym i minister i dziennikarze milczą.

Nauczyciele mogą żyć bez karty, gdyby dostali sensowną alternatywę?

Nauczyciele nie mogą żyć bez karty. Bo nie ma żadnej innej ustawy, która normowałaby status prawny nauczycieli. Karta jest zbiorem praw i obowiązków nauczyciela. Gwarantuje mu niezależność i autonomię, tak by nauczyciel nie miał z tyłu głowy, że przyjdzie samorządowiec, który go wyrzuci z pracy, bo postawił jego dziecku złą ocenę, albo minister, który mówi, że trzeba zmienić kanon nauczania i zastąpić ewolucję kreacjonizmem. W związku z powyższym nauczyciel, który by mówił inaczej, straciłby pracę. Do autonomii przywiązujemy wagę szczególną. Dzisiaj nikt nie mówi o tym, że stworzymy alternatywę dla tej ustawy, bo według nas żadnej alternatywy nie ma. Możemy artykułom karty nadawać nowe brzmienie i wchodzić w spory semantyczne, dotyczące pewnych sformułowań, ale na pewno nie możemy stworzyć nowego dokumentu.

Trudno się dziwić samorządom, że chcą zmiany karty. Bo jak dyrektor ma zwolnić nauczyciela, który źle pracuje?

Ja bym zwolnił takiego dyrektora, od tego trzeba zacząć. Zwolniłbym dyrektora, który nie umie się rozstać ze źle pracującym nauczycielem. Dlatego, że karta w artykułach 20-26 mówi wyraźnie o m.in. zwalnianiu źle pracującego nauczyciela. Tylko, że do tego potrzebna jest rzetelna wiedza i praca dyrektora aby jego negatywna ocena pracy nauczyciela miała uzasadnienie merytoryczne a nie np. polityczne, czy emocjonalne. Ale trzeba przestrzegać przepisów prawa. W żadnym zawodzie nie ma takiej, w której można przyjść i powiedzieć: „panu już dziękujemy”. Dyrektor musi umieć stosować przepisy karty. Dyrektor przez całą procedurę awansu podpisuje dokumenty – a przecież jest tak, że jeśli ich nie podpisze, to rozstaje się automatycznie z tym pracownikiem. W przypadku nauczycieli dyplomowanych, dyrektor chodzi na hospitacje, prowadzi rady pedagogiczne, stymuluje ich działania. To musi być dyrektor z prawdziwego zdarzenia, a nie ktoś kto od 30 lat jest dyrektorem, bo ma dobry układ z wójtem i burmistrzem. Karta nie jest przeszkodą, tylko trzeba korzystać z instrumentów, które ona daje. Poza tym mówimy o jednostkach a nie większości środowiska nauczycielskiego.

W gminie Hanna uczą pedagodzy, z których żaden nie jest objęty kartą nauczyciela.

Tam jest ewidentne naruszenie prawa, które zostało schowane pod dywan przez panią minister Kluzik-Rostkowską. Nauczycielem jest ktoś, kto jest zatrudniony przez szkołę. A w Hannie nie ma żadnego nauczyciela, który jest zatrudniony przez szkołę. Czyli tam de facto nie ma nauczycieli. Na to zwracał uwagę wiceminister Jakubowski. Być może to legło u przyczyn, dla których stracił pracę. Minister złamała prawo. NIK też się sprawą nie zajęła w sposób należyty, bo pani minister mówi, że jakby nie dała subwencji Hannie, to dzieci by nie chodziły do szkoły. Pani minister uratowała panią wójt Hanny wbrew prawu.