Rodzice coraz częściej poszukują alternatywnej ścieżki edukacyjnej dla swoich dzieci. Niektórzy łączą siły i w ramach edukacji domowej tworzą mikroszkoły z zajęciami w lesie. Inni decydują się na placówki demokratyczne lub odnajdują perełki w publicznym systemie.
Reklama
Gdy zostałam mamą, wiedziałam, że moje dzieci nie pójdą do szkoły rejonowej – mówi Anna Zarudzka. W rodzinnych Gliwicach znalazła miejsce, które odpowiadało jej wizji alternatywnej edukacji. – Szkoły wolnej, czyli takiej, w której nie ma przymusu uczestnictwa w zajęciach. Każde dziecko ma za to dorosłego przewodnika. Samo odpowiada za swoją edukację, np. wybiera zajęcia, które je w danym momencie interesują – opowiada. Z prawnego punktu widzenia uczniowie takiej szkoły są w edukacji domowej, co oznacza, że raz do roku muszą zdać kuratoryjny egzamin z podstawy programowej. I jest to jedyny element, który wiąże je z systemem.
Anna przyznaje, że na jej myślenie o edukacji wpłynęło przekonanie, że wchodzimy w dorosłość słabo przygotowani do innego modelu pracy niż fabryka. Pracuje w branży IT, którą zmiany dotykają szybciej niż inne. Pracownicy są tam rozliczani nie za wysiłek, lecz za efekty. Nie za posiadaną wiedzę, lecz umiejętność jej wykorzystywania, nie za pisanie e-maili, lecz skuteczną komunikację.