Poprzednio edukacja domowa cieszyła się takim zainteresowaniem w roku, gdy reforma Anny Zalewskiej likwidowała gimnazja. Teraz może paść kolejny rekord.
– – wylicza Anna Zakrzewska, dyrektor prywatnej szkoły podstawowej i prywatnego liceum Centrum Edukacyjne. Od kiedy zniesiono wymóg posiadania opinii z poradni psychologiczno-pedagogicznej, telefony się rozdzwoniły. – – mówi Zakrzewska.
Dyrektor niepublicznych Szkół Benedykta Krzysztof Kacuga potwierdza ten trend. – – mówi. I przyznaje, że wiele osób jeszcze teraz, kilka tygodni po rozpoczęciu roku szkolnego, decyduje się na zmianę trybu nauczania swoich dzieci. – – tłumaczy Kacuga.
Na Ursynowie w Warszawie liczba wniosków o zgodę na nauczanie domowe wzrosła w trakcie pandemii o około 20 proc. – – mówi jedna z mieszkanek Ursynowa. – – mówi. I dodaje, że to rozwiązanie tymczasowe, dopóki pandemia nie skończy się na dobre.
W jednym z warszawskich liceów na nauczanie domowe zdecydowała się uczennica, która w tym roku będzie zdawać maturę. Najczęściej jednak na taką formę nauczania decydują się rodzice dzieci z podstawówek. Aleksandra Czechowska z Chrześcijańskiej szkoły Montesorri w Gdańsku informuje, że do edukacji domowej zgłaszają się głównie dzieci z klas 4–8 . U nich w ubiegłym roku było takich uczniów 280. W tym roku jest ich ponad 380.
Jak przyznaje Zakrzewska, wiele osób chce zapisać dziecko na edukację domową na trzy, cztery miesiące, dopóki nie wyjaśni się, co dalej z pandemią. – – tłumaczy dyrektorka.
Przekonuje, że taka edukacja nie może być sposobem na przeczekanie pandemii w domu. Uczniów czekają egzaminy klasyfikujące, które trzeba zdać. To test również dla rodziców – jeśli dziecko ich nie zda, wraca do stacjonarnej szkoły.
Mariusz Dzieciątko, prezes Stowarzyszenia Edukacji w Rodzinie, zauważa, że zmiana trybu nauczania to pokłosie tego, że przez ostatnie miesiące część rodziców musiała się mocniej zaangażować w edukację dzieci. I na własnej skórze odczuła, jak bardzo przeszkadza im konieczność twardego podporzadkowania się godzinom zajęć. Szczególnie gdy w rodzinie jest więcej dzieci, a np. jeden komputer. Rodzice przekonali się, że system zamiast pomagać, przeszkadza im. I że sami poradzą sobie lepiej.
Formalnie jest to proste: wystarczy złożyć wniosek do szkoły o edukację domową. Rozpatruje go dyrektor. Rodzice podpisują zobowiązanie, że dziecko przystąpi do egzaminów sprawdzających, czy przyswoiło podstawę programową, dostarczają też świadectwa z poprzednich klas.
W wielu szkołach rodzice nie muszą płacić za taką formę nauki. Nie płacą również za korzystanie z platformy edukacyjnej, czy materiały dydaktyczne dla siebie. Wszystko pokrywane jest z subwencji.
– – mówi Marta Poruszek, koordynatorka edukacji domowej prywatnej Szkoły Podstawowej z Oddziałami Dwujęzycznymi nr 20 im. Jana Gutenberga Fundacji Szkolnej w Warszawie. W praktyce wygląda to tak, że na początku roku szkolnego rodzic dostaje podstawę programową i listę wymagań. Wie, co ma robić i z czego będzie rozliczany.
– – dodaje Poruszek.
Część ekspertów ostrzega jednak przed taką formą nauczania. Małgorzata Orłowska, dyrektor Społecznej Szkoły Podstawowej nr 12 im. Emanuela Bułhaka w Warszawie tłumaczy, że rodzice nie zastąpią ani szkoły, ani relacji rówieśniczych.
– – mówi Orłowska.
Statystyk za ten rok jeszcze nie ma. Będą, jak informuje MEN, na przełomie października i listopada.
Ale eksperci szacują, że przybędzie ok. 5 tys. uczniów w edukacji domowej i będzie ich łącznie blisko 16 tys. W poprzednich latach ich liczba wahała się od 10,4 tys. do 13 tys. Najwięcej było po wejściu reformy i ostatecznej likwidacji gimnazjów, czyli w roku 2017/18 – 13,05 tys.