Na początku stycznia do konsultacji międzyresortowych trafi projekt ustawy, który zmienia zasady podziału subwencji oświatowej, a także reformuje system wynagradzania nauczycieli. Zabiegały o to m.in. samorządy, ale także oświatowa Solidarność. Obecnie do opiniowania trafiły założenia do projektu, do których dotarł DGP. Na zgłoszenie swoich zastrzeżeń związkowcy mają czas do 10 grudnia 2018 r. Zmiany miały być uchwalone już przed rokiem, ale na prośbę lokalnych władz MEN się z nich wycofało. Tłumaczyło, że w tym samym czasie weszłoby zbyt wiele rewolucyjnych rozwiązań w oświacie, pozostało więc tylko przy wygaszaniu gimnazjów. Z założeń do projektu ustawy, wynika, że zmiany będą wchodziły w życie etapami, tak aby samorządy mogły się uporać z tworzeniem większej liczby oddziałów i rozbudową placówek. Premiowane mają być bowiem kameralne klasy.

Oddział czy uczeń?

Obecnie podział subwencji oświatowej w głównej mierze jest uzależniony od liczby uczniów. Zgodnie z przepisami tylko w klasach I–III szkoły podstawowej nie może być więcej niż 25 uczniów w oddziale. W starszych klasach nie ma już formalnie ograniczeń pod względem liczebności. MEN chce to zmienić. W efekcie subwencja dla danej jednostki samorządu zależałaby nie tylko od liczby uczniów w gminie, lecz także od liczby oddziałów.

Od dawna mówiłem, że jednostką kosztową jest oddział, a nie uczeń. Na okres przejściowy system mieszany – subwencjonowania na ucznia i klasę – jest dobrym rozwiązaniem. Obecnie mamy sytuację, że w dwóch gminach mamy tysiąc uczniów i w jednej z nich jest osiem szkół z nielicznymi klasami, a w drugiej cztery szkoły z przepełnionymi oddziałami. Pieniądze otrzymują podobne, choć ta z ośmioma szkołami ma znacznie wyższe wydatki – mówi prof. Antoni Jeżowski z Instytutu Badań w Oświacie, były nauczyciel, dyrektor szkoły i samorządowiec.

Z takiego rozwiązania powinny się cieszyć zwłaszcza małe wiejskie gminy, czyli elektorat obecnej władzy – dodaje. Zwraca jednak uwagę, że trzeba pomyśleć o pewnym zabezpieczeniu, aby nie dochodziło do nadużyć i sztucznego mnożenia oddziałów. Jego zdaniem należy przyjąć założenie, że klasa nie może być mniejsza niż 15 uczniów.

Z tymi argumentami nie zgadzają się jednak samorządy. – W małych wiejskich szkołach i tak są nieliczne oddziały i nikt nie będzie ich mnożył, bo to ogromne koszty, sięgające do 20 tys. zł na ucznia. Żadna subwencja tego nie zrekompensuje – oburza się Marek Olszewski, przewodniczący Związku Gmin Wiejskich RP i starosta toruński.

Wskazuje, że o ile wiejskie szkoły zyskają na zaproponowanym przez MEN rozwiązaniu, o tyle już powiaty i większe miasta mogą stracić.

Grzegorz Pochopień z Centrum Doradztwa i Szkoleń OMNIA, były dyrektor departamentu współpracy samorządowej MEN, apeluje, aby pójść krok dalej. – Obecnie co do zasady pieniądze z budżetu idą w przeliczeniu na ucznia, raz więcej, raz mniej. A trzeba wprowadzić taki mechanizm, aby wyliczyć koszty godziny nauki w poszczególnych oddziałach, w tym z uwzględnieniem ramówek, zatrudnienia nauczycieli, a także ich wynagrodzenia. Do tego możemy posłużyć się Kartą nauczyciela i wprowadzić nowy podział, który prowadziłby do tego, że jeśli wzrasta płaca osób uczących, to automatycznie o tyle samo rośnie subwencja dla poszczególnych samorządów, szkół i oddziałów – proponuje Grzegorz Pochopień.

Resort edukacji zapowiada jedynie, że wprowadzi pewien bezpiecznik, który zabezpieczy samorządy przed nagłym spadkiem subwencji (np. wskutek niżu demograficznego).

Szefowa MEN Anna Zalewska na wniosek samorządów wycofała się jednak z pomysłu, aby w subwencji premiować te, które likwidują wielozmianowość. Co więcej, nagradzanie szkół, które mają więcej oddziałów, może doprowadzić do wydłużenia czasu pracy w tych placówkach.

Zdecydują ramówki

To niejedyna zmiana, jaką chce wprowadzić resort edukacji. Pieniądze z subwencji mają być uzależnione od liczby godzin, czyli ramówek. A to oznacza uwzględnienie w podziale subwencji mechanizmu różnicującego środki w zależności od liczby godzin wynikającej z ramowych planów nauczania w poszczególnych klasach i szkołach.

Uzależnienie subwencji od liczby uczniów, oddziałów i ramówek jest kompleksowym rozwiązaniem. Przecież w klasach młodszych jest nieco ponad 20 godzin tygodniowo, a w starszych już ponad 30. Upraszczając, można przyjąć, że więcej nauczycieli potrzeba w starszych klasach, a mniej w młodszych. A to oznacza, że większe pieniądze popłyną na te oddziały, które mają więcej obowiązkowych lekcji – wyjaśnia Grzegorz Pochopień.

Nie da się tego uśrednić na szkołę, bo np. klas młodszych w danym roczniku może być mniej, a w starszych więcej i stąd taki szczegółowy mechanizm podziału środków – dodaje.

Z założeń resortu wynika, że pozostałe wagi podziału subwencji zostaną utrzymane.

Czas na zmiany

MEN chce dać samorządom czas na przygotowanie się do nowych zasad i zakłada, że nowe rozwiązania powinny zacząć obowiązywać od stycznia 2021 r. Dodatkowo w pierwszym roku ich funkcjonowania takim mechanizmem miałby być objęte tylko podstawówki.

Przy okazji chce też zmienić zasady wynagradzania nauczycieli. Zamierza odejść od obowiązku zapewnienia średnich płac, w tym czternastki, na rzecz włączenia części dodatków do wynagrodzenia zasadniczego. Resort chce też skorzystać z forsowanego przez oświatową Solidarność rozwiązania, dotyczącego automatycznych podwyżek. Kwota bazowa określana dla nauczycieli corocznie w ustawie budżetowej miałaby być uzależniona od wskaźnika przeciętnego wynagrodzenia miesięcznego w gospodarce narodowej.

Od początku tego rządu apelujemy, aby pensje nauczycieli rosły automatycznie wraz ze wzrostem średniej krajowej lub PKB. Druga ważna zmiana to likwidacja średniej, która zamazuje obraz, ile tak naprawdę zarabia nauczyciel – przekonuje Ryszard Proksa, przewodniczący Krajowej Sekcji Oświaty i Wychowania NSZZ „Solidarność”.

Na likwidację średnich płac i części dodatków nie zgadza się jednak ZNP.