W czerwcu, wraz z końcem roku szkolnego, skończy się wieloletni program monitorowania jakości polskiej oświaty prowadzony przez Instytut Badań Edukacyjnych (IBE). Bez niego nie będzie można sprawdzić efektów zmian wprowadzanych w liceach. Nie będzie również obiektywnego narzędzia do oceny reformy, na podstawie której do szkół wysłano sześciolatki. – To oznacza jedno: że działania MEN nie będą weryfikowalne – twierdzą eksperci. Resort odpiera te zarzuty i przekonuje, że powód jest zupełnie inny: na analizy nie udało się wynegocjować pieniędzy z UE.

CZYTAJ TAKŻE: MEN nie daje rady? Pozorna reforma szkół zawodowych>>>

Według informacji DGP za trzy miesiące IBE nie będzie w stanie sfinansować m.in. projektu zrównania wyników egzaminów zewnętrznych. Pozwala on stwierdzić, jak reforma wpływa na stan wiedzy uczniów (np. dzięki temu wiadomo, że gimnazjaliści są znacznie gorsi z matematyki niż uczniowie w ich wieku dekadę temu). WIĘCEJ NA TEN TEMAT>>>

Ostatni raz przeanalizowane zostaną tegoroczne wyniki maturalne, podobny los czeka badania szóstoklasistów. I to pomimo że to właśnie dzięki nim wiadomo, że uczniowie mają problemy z rozumowaniem matematycznym, wyobraźnią przestrzenną i ortografią. MEN już nie będzie sprawdzał, czy robią postępy.

Krzysztof Konarzewski, były szef Centralnej Komisji Egzaminacyjnej, ostrzega przed konsekwencjami zmian. – Koalicja zawsze jest zachwycona swoimi pomysłami, a opozycja je krytykuje. Dlatego wiedza o edukacji musi być oparta na danych – ocenia. Zgadza się z nim była szefowa MEN Krystyna Łybacka. – Badania ujawniają wszystkie zalety i niedociągnięcia. Projektowanie struktury systemu edukacji ma sens, jeśli uwzględnia się ich wyniki – komentuje w rozmowie z DGP.