Niezależnie od tego, jaki będzie los ustawy edukacyjnej (prezydent ma czas do dziś, by zdecydować o jej dalszym losie), w regionach już stwarza ona problemy. Jak twierdzą samorządowcy, jesteśmy świadkami początku serii poważnych konfliktów.

Wojewoda małopolski Józef Pilch (PiS) sprawdza, czy rada miasta Krakowa nie przekroczyła swoich kompetencji (wszczął w tej sprawie postępowanie nadzorcze). Chodzi o decyzję, którą radni podjęli na sesji 14 grudnia ubiegłego roku. Głosami PO i Nowoczesnej rada przyjęła rezolucję do ministra edukacji narodowej, w której wyraziła sprzeciw wobec reformy oświaty.

– Wojewoda zasygnalizował swoje wstępne stanowisko, wedle którego nie jest rzeczą rady prowadzenie polityki krajowej. Wymieniona uchwała dotyczy kwestii, które pozostają przedmiotem kompetencji władz państwowych – informuje rzecznik wojewody Krzysztof Marcinkiewicz. – Zawarty w niej apel do władz krajowych jest formą demonstracji politycznej; stanowi wyraz sprzeciwu wobec polityki oświatowej władz państwa. Oczekujemy na zajęcie stanowiska w związku z występującymi wątpliwościami – dodaje. Zgodnie z kodeksem postępowania administracyjnego, jeśli uchwała okaże się niezgodna z prawem, może zostać przez wojewodę uchylona.

Podobne stanowiska przed świętami przyjmowali też radni innych miast, m.in. Łodzi i Płocka. Uchwały przechodziły tam, gdzie PiS był w mniejszości. Teraz, podobnie jak w Małopolsce, te dokumenty mogą być zarzewiem lokalnych konfliktów między opozycyjnymi radami a obsadzonymi przez polityków PiS urzędami wojewódzkimi. Wojewodowie mają 30 dni na wszczęcie postępowań.

Konflikt wokół reformy od dwóch miesięcy trwa także na warszawskim Mokotowie. Tam inicjują go z kolei radni Prawa i Sprawiedliwości. Już na kilku sesjach próbowali odwołać odpowiedzialnego za oświatę zastępcę burmistrza dzielnicy (PO). – Konieczność odwołania Pana Krzysztofa Skolimowskiego [...] wynika ze złego zarządzania mokotowską oświatą i z utracenia przez niego wiarygodności niezbędnej do wypełniania powierzonej funkcji – przekonują radni PiS. Burmistrz na zarzuty odpowiada z kolei, że to ich zemsta za jego zaangażowanie w opór przeciwko reformie oświaty. Ponieważ w radzie PiS ma mniejszość, wiceburmistrz na stanowisku został.

W Zielonej Górze konflikt wzniecają za to sami rodzice zrzeszeni w Zielonogórskim Forum Rodziców i Rad Rodziców. Na 10 stycznia planują wobec reformy edukacji protest. Jego dokładny przebieg zostanie ustalony dziś i będzie uzależniony od decyzji prezydenta. W najbardziej skrajnej wersji rozważane jest zatrzymanie dzieci w domach. Wśród postulatów Forum jest odstąpienie od proponowanych zmian w oświacie, a następnie przeprowadzenie konsultacji społecznych we wszystkich zainteresowanych środowiskach.

Zaostrzeniem atmosfery wokół reformy grozi też Związek Nauczycielstwa Polskiego. Jak zapowiedział prezes organizacji Sławomir Broniarz, jeśli prezydent sam nie ogłosi edukacyjnego referendum, to ZNP zainicjuje ruch na rzecz jego organizacji. – Związek zwróci się o wsparcie i przeprowadzenie ewentualnej kampanii referendalnej w sprawie reformy edukacji do wszystkich obywateli, podmiotów i stowarzyszeń krytycznie oceniających reformę oświaty przygotowaną przez minister Annę Zalewską – zapowiada Broniarz.

Na razie w sprawie referendum odbyło się jedno spotkanie robocze z przedstawicielami partii opozycyjnych i organizacji społecznych. W imieniu PO Grzegorz Schetyna deklaruje gotowość do zbierania podpisów w sprawie plebiscytu. – Sposób pracy nad reformą edukacji to kompromitacja, nie było dialogu. Dlatego wspieramy ZNP w sprawie referendum – mówi przewodniczący Platformy. Podobnie wypowiadają się przedstawiciele Nowoczesnej i Partii Razem. Decyzja o powołaniu komitetu referendalnego i dokładnym harmonogramie ewentualnej zbiórki podpisów pod wnioskiem o nie zapadnie 10 stycznia.

Jeśli do referendum dojdzie, Prawo i Sprawiedliwość może mieć poważny problem. Dotychczas jednym z argumentów, na których opierano konieczność wprowadzenia reformy, było poparcie rodziców. Jeśli okazałoby się, że ZNP i partiom uda się zgromadzić dla wniosku referendalnego wymagane pół miliona podpisów, PiS musiałby: albo się do niego przychylić i narazić na koszty oraz to, że referendum wykaże brak poparcia dla reformy, albo pokazać, że obywateli jednak nie słucha. I wniosek odrzucić (przypomnijmy – tak postąpiła Platforma Obywatelska, kiedy za jej rządów do Sejmu wpłynął wniosek o referendum w sprawie sześciolatków). W obu przypadkach spowoduje to kilka kolejnych miesięcy dyskusji o proponowanych zmianach. Zwłaszcza że to nie koniec planowanych akcji.

ZNP zachęca swoje oddziały do wszczynania sporów zbiorowych ze wszystkimi placówkami objętymi działaniami związku – to otwarcie drogi do strajku nauczycieli. Do 16 stycznia lokalne komórki ZNP mają przekazać do dyrektorów szkół swoje postulaty (w tym wycofanie uchwalonych przez parlament zmian w oświacie). Niespełnienie tych żądań pozwoli przyszykować strajk. Ten ZNP chce ogłosić w marcu, kiedy w całej Polsce skończą się ferie zimowe.

Reforma edukacji przygotowywana przez PiS ma na celu likwidację gimnazjów i wydłużenie o rok liceów i techników. Ma też wprowadzić do systemu oświaty nowy typ placówek – dwustopniowe szkoły branżowe w miejsce dotychczasowych zawodówek. Zdaniem przedstawicieli strony rządowej zmiany mają poprawić poziom edukacji w Polsce. Według opozycji – to niszczenie jej dorobku.

Co dalej z ustawą?

Do dziś prezydent musi zdecydować, co zrobić z ustawą edukacyjną. Zgodnie z konstytucją ma cztery wyjścia. Pierwsze, najprostsze: może po prostu podpisać regulację. Z bloków startowych ruszą wtedy samorządy, którym zostaną niecałe trzy miesiące na wdrożenie zmian. Drugie wyjście to podpisanie ustawy, ale skierowanie jej później do Trybunału Konstytucyjnego w trybie następczym. Ustawa co prawda zacznie obowiązywać, ale TK będzie sprawdzać, czy przepisy są zgodne z konstytucją. Jeśli znajdzie błędy – uchyli przepisy. Trzecim wyjściem jest skierowanie ustawy do TK jeszcze przed podpisem. Wejście w życie ustawy będzie zależne od wyroku wydanego przez trybunał (z tego rozwiązania prezydent skorzystał już w przypadku ustawy o zgromadzeniach publicznych). Czwarte wyjście to prezydenckie weto, czyli odmowa podpisania regulacji. Jeśli głowa państwa tak postąpi, ustawa wróci do Sejmu. Tam z kolei posłowie będą musieli zebrać 3/5 głosów przy obecności co najmniej połowy ustawowego składu Sejmu, by prezydenckie weto odrzucić. Jeśli to się nie uda, ustawa przepadnie, a reforma nie wystartuje od września. Jeśli się uda – wejdzie w życie i dzieci jednak nie pójdą do gimnazjów.

Jest jeszcze piąty scenariusz. Prezydent może z ustawą nie zrobić niczego. Co wtedy? Tego przepisy wprost nie precyzują. Jak przyznaje dr Jarosław Szczepański z Uniwersytetu Warszawskiego, może w ten sposób powstać pat. Jak w przypadku publikacji wyroków Trybunału Konstytucyjnego. – Teoretycznie prezydent musi w jakiś sposób ustawą się zająć, ale w praktyce nikt nie może go do tego zmusić. Ustawa zawiśnie w próżni do czasu jej podpisania – ocenia.