Studenci nazywają ją "Papają" - od tytułu piosenki Urszuli Dudziak. Choć, jak mówią jej doktoranci, ona takiej muzyki nie słucha - tak "Polityka" zaczyna opis dr hab. Urszuli Dudziak, autorki podstawy programowej wychowania do życia w rodzinie. Nie rozmawia też z laickimi dziennikarzami i odbiera telefony tylko od znajomych numerów. Jak sama mówi, żyje dla zbawienia wiecznego.

Kobieta, z której podręczników już za rok nastolatki będą się uczyć wychowania do życia w rodzinie zaczęła karierę w 1982, gdy na KUL napisała pracę magisterską p.t "Osobowość kobiet przerywających ciążę". Dostałą co prawda za nią nagrodę rektora, ale pracownicy katolickiej uczelni uznali, że była za mało radykalna.

Dlatego dr Dudziak zaczęła się radykalizować, poszła na studia teologiczne, rozpoczęła działalność w Towarzystwie Odpowiedzialnego Rodzicielstwa oraz prowadziła kursy NPR. Gdy jednak po pierwszym rządzie PiS nadchodzi czas PO, władze KUL likwidują Katedrę Psychofizjologii Małżeństwa i Rodziny, a ona traci połowę zajęć. Wtedy na celownik bierze szkołę. Nawołuje do walki z nauką o antykoncepcji, bo to - jak twierdzi - prowadzi do masturbacji i pettingu, co z kolei pcha do, jak pisze "Polityka", "grzesznej inicjacji seksualnej".

Ten radykalizm sprawia, że wchodzi bocznymi drzwiami do polityki. Zostaje sejmowym ekspertem ds młodzieży, a kiedy "wskutek nacisków lobby laicko-permisywnego i homoseksualnego" w podręcznikach do wiedzy do życia nie udaje jej się wpisać małżeństwa, jako jedynego dopuszczalnego modelu relacji, zaczyna prowadzić szkolenia dla nauczycieli. Pojawia się też w TV Trwam i "Naszym Dzienniku", organizuje konferencje o świętości życia. Twierdzi na nich, że kobiety wybierają łatwe i wygodne środki antykoncepcyjne, zapewniając zyski zagranicznym koncernom i służą w ten sposób politykom, którzy chcą ograniczyć liczebność Polaków - wyjaśnia "Polityka".

Jak mówią jej doktoranci, marzył się jej autorski podręcznik totalny. W stu procentach katolicki, z poradami na temat naturalnego planowania rodziny. Próbowała go forsować, ale wciąż trafiała na opór MEN. Frustrowało ją to. Odżyła, kiedy PiS doszedł do władzy i minister Anna Zalewska zaproponowała jej opracowanie nowej podstawy programowej.

Zaczęła wtedy atakować laickich nauczycieli wiedzy o życiu w rodzinie, "z mentalnością ukształtowaną w PRL", którzy są "skupieni na przyjemnościach zamiast na życiu wiecznym". Chce też, by rodzice zaczęli zwracać uwagę na stan cywilny i pochodzenie nauczycieli. "Rozwiedziony, albo żyjący w konkubinacie nauczyciel może negatywnie wpływać na postawy uczniów" - pisze. Przekonuje też, że "więcej osób aprobujących katolicką moralność małżeńsko-rodzinną wywodzi się ze środowisk robotniczych i chłopskich". Sugeruje też, by prelegentów czy studentów organizujących pogadanki dla uczniów poddać weryfikacji przez zespoły szkolne, na czele których stali by katecheci. Pogadanki mogliby wygłaszać tylko ci, reprezentujący katolicką moralność. Także - według niej - państwowe dotacje powinny trafiać tylko do katolickich organizacji.