Im bliżej Bożego Narodzenia, tym bardziej zagęszcza się atmosfera między nauczycielami a rodzicami najmłodszych uczniów. Minister edukacji opublikowała na stronie resortu list zachęcający do informowania resortu o szkołach, które nie zorganizują opieki dla dzieci w przerwie świątecznej. W ten sposób tylko zaogniła istniejące od lat napięcia między pedagogami a matkami i ojcami uczniów.

Prosimy o kontakt

W tym roku przerwa świąteczna będzie wyjątkowo długa. Dzieci, które skończą lekcje 19 grudnia, wrócą do szkoły dopiero 7 stycznia. Joanna Kluzik-Rostkowska przypomniała, że w tym czasie szkoły mają obowiązek zapewnić uczniom opiekę. I dodała: "Gdyby mieli państwo jakiekolwiek wątpliwości w tej sprawie, prosimy o kontakt", podając też numer infolinii i adres e-mailowy. To ostatnie zdanie rozwścieczyło nauczycieli, zwłaszcza że z propozycji kontaktu skorzystały już setki rodziców. "Uważamy, że namawianie do donosicielstwa jest zawoalowaną formą pseudotroski minister edukacji o pracujących rodziców i niczym innym jak chęcią przypodobania się tej grupie" – napisał Związek Nauczycielstwa Polskiego.

To z kolei wywołało reakcję rodziców. Ich zdaniem nauczyciele chcą mieć wolne w przerwie świątecznej, choć nie mają do tego prawa. Spór trwa od tygodnia i jest coraz ostrzejszy. – Działania minister edukacji to świadome antagonizowanie rodziców z nauczycielami i tworzenie sztucznego problemu, by odwrócić uwagę od realnych – ocenia Tomasz Elbanowski z fundacji Rzecznik Praw Rodziców. – Zaniedbania ministerstwa wygenerowały wiele złych emocji. Pani minister przekierowuje je na nauczycieli i rodziców, skłócając obie grupy, czyli robi coś dokładnie przeciwnego niż to, do czego została powołana – dodaje nasz rozmówca.

Rodzic to kłopot

Spór między MEN a związkami trafił na podatny grunt, ponieważ relacje między nauczycielami a rodzicami to beczka prochu. – Nie dogadujemy się, więc jesteśmy świetnym materiałem do wykorzystania – twierdzi wprost Elżbieta Piotrowska-Gromniak ze stowarzyszenia Rodzice w Edukacji. I nic dziwnego. Jeśli zapytać amerykańskiego nauczyciela, kim są dla niego rodzice uczniów, ponad 80 proc. odpowie: "Najlepszymi wychowawcami". W Polsce jest dokładnie odwrotnie. Takie wyniki dały badania przeprowadzone przez prof. Marię Mendel z Uniwersytetu Gdańskiego wśród amerykańskich i polskich studentów ostatnich lat kierunków nauczycielskich. Nad Wisłą zaś dekadę temu 95 proc. przyszłych pedagogów odpowiedziało, że rodzice kojarzą im się z kłopotami. Dziś te osoby są czynnymi nauczycielami.

Amerykańskie uczelnie przygotowują przyszłych nauczycieli do tego, że praca z uczniem oznacza też pracę z jego otoczeniem. W Polsce do dziś nie jesteśmy przekonani, że kształcenie w tym kierunku jest potrzebne – tłumaczy profesor. Jak pokazała analiza czasu pracy nauczycieli przeprowadzona przez Instytut Badań Edukacyjnych (IBE), prawie co dziesiąty nauczyciel nigdy nie decyduje się na indywidualne rozmowy z rodzicami. Sami rodzice również nie pozostają bez winy. – Oni też nie szukają z nami kontaktu. Są tacy, którzy nigdy nie stawiają się na zebraniach, a wszystkie sprawy załatwiają przez dziennik elektroniczny – skarży się polonistka z warszawskiego gimnazjum rejonowego, która w e-mailach musi opisywać nawet delikatne kwestie wychowawcze. Jeśli rodzic zapyta ją drogą elektroniczną, ona ma obowiązek odpowiedzieć.

W ramach moich badań, po przeprowadzeniu rozmów z rodzicami, przeanalizowałam ich wypowiedzi o szkole. Wynika z nich, że ogromny wpływ na to, co myślą o nauczycielach swojego dziecka i – szerzej – o edukacji w naszym kraju, wynika z doświadczeń, które sami mieli jako uczniowie – mówi Maria Mendel. – Wciąż żyjemy w czasach transformacji, a rodzice mają doświadczenia z PRL – dodaje. Potwierdzają to badania rad rodzicielskich – działają w nich tylko nieliczni. Pozostałych taka aktywność zwykle w ogóle nie interesuje. Partnerstwo między pedagogami a rodzicami to wciąż wyjątek.

Jak pies z jeżem

Co więcej, współpraca szkoły z matkami i ojcami nie jest istotna także dla dyrektorów i samorządowców. Kiedy IBE badał te grupy, okazało się, że miarą sukcesu szkoły są dla nich wyniki uczniów na egzaminach zewnętrznych, liczba olimpijczyków i udział w projektach finansowanych ze środków unijnych. Wśród odpowiedzi pojawiała się też współpraca z organizacjami pozarządowymi i przedsiębiorstwami. O rodzicach radni i dyrektorzy nie wspominali w ogóle.

W systemie ewaluacji oświaty pojawiło się wymaganie, by rodzice byli partnerami szkoły. I co z tego? Kiedy do placówki przychodzi kontroler, spotyka rodziców, których nauczyciel przygotował do takiej odpowiedzi, by w papierach wszystko się zgadzało – przekonuje Piotrowska-Gromniak.

Jej zdaniem nauczyciele i rodzice są do siebie nastawieni jak pies do jeża. A wcale nie musi tak być. – W jednej ze szkół na warszawskim Żoliborzu rodzice przez rok bronili dyrektorki, której samorząd chciał się pozbyć. W ciągu kilku dni zebrali 300 podpisów pod petycją, by została na stanowisku – przypomina. Czego jej zdaniem potrzeba? – Szkoła musi wychodzić do rodziców, pracować nad relacjami z nimi. Rzetelna informacja – chociażby o tym, że dzieci mają prawo spędzić w szkole przerwę świąteczną – to podstawa – podsumowuje.