80 proc. w pierwszej pięćdziesiątce kandydatów, którzy zakwalifikowali się do studiowania stosunków międzynarodowych na UAM w Poznaniu, to osoby ze Wschodu, przede wszystkim z Ukrainy i Białorusi (łącznie lista kandydatów obejmuje nieco ponad 200 nazwisk, a obcokrajowcy są także na dalszych miejscach – ilu w sumie, uczelnia nie odpowiedziała na to pytanie).Na innych kierunkach, jak zarządzanie, informatyka, psychologia, ta grupa jest też zauważalna. Profesor Stanisław Żerko, który w mediach społecznościowych zwrócił na to uwagę, mówi DGP, że z listy rankingowej płynie wniosek, że albo krajowi kandydaci okazali się zaskakująco słabi, albo zagraniczni – zaskakująco dobrzy.
Zastrzega, że jest daleki od dyskryminowania jednych kosztem drugich. – kwituje.
tłumaczy przedstawiciel UAM w Poznaniu. I dodaje: .
Jak słyszymy jednak na uniwersytetach w Krakowie, Warszawie czy we Wrocławiu, liczba studentów ze Wschodu utrzymuje się na podobnym poziomie. Te uczelnie prowadzą osobne rekrutacje dla osób z Polski i z zagranicy. Są też limity przyjęć. Poznańska uczelnia przekonuje jednak, że w jej działaniu nie ma nic niewłaściwego. Tłumaczy, że podstawą jej działania jest umowa między Polską a Ukrainą. I korzysta z tego. Po pierwsze – chce zyskać lepsze miejsca w światowych rankingach, po drugie – dostaje więcej pieniędzy, bo wysokość subwencji ministerialnej zależy również od wskaźnika umiędzynarodowienia.
Profesor Piotr Girdwoyń, adwokat, partner w Kancelarii Pietrzak Sidor & Wspólnicy, twierdzi, że niemal każdy ranking uczelni posiada punkt mówiący o poziomie umiędzynarodowienia. – mówi. – podsumowuje rzecznika MEiN Anna Ostrowska. .