SMS-y z pytaniem, kiedy możemy się umówić na telefon, wysyłam do moich rozmówców o 18.50. Pierwsza odpowiedź przychodzi po chwili: „Właśnie skończyłam radę pedagogiczną i jadę do dzieci. Umówmy się na czwartek. Będę miała wolną godzinkę w ciągu dnia”. Druga – dopiero o 20.15: "Właśnie skończyłem zebranie semestralne". Jeśli ktoś myśli, że dzień pracy pedagoga kończy się wraz z ostatnim szkolnym dzwonkiem, to jest w błędzie. Jeszcze niedawno wydawało się, że nauczycieli nie da się bardziej rozwścieczyć. Od kilku miesięcy tworzą się oddolne ruchy pedagogów, które chcą zawalczyć o dobro szkoły i uczniów. Ale wywiad z premierem Mateuszem Morawieckim w TVP 1 (emitowany 22 stycznia) dolał oliwy do ognia. – powiedział premier.
– słyszę od pedagogów. Ich zdaniem cel nagonki premiera i minister edukacji Anny Zalewskiej jest prosty – zamydlić oczy społeczeństwu, tak by ci, którzy nie wiedzą, jak wygląda praca w szkole, nie stanęli za pedagogami i nie poparli ich żądań płacowych.
Ferie na zaległą biurokrację
Po słowach premiera w internecie zawrzało. Do grup zrzeszających nauczycieli po cichu i nieśmiało mówiących o potrzebie zmian dołączyła kolejna fala pedagogów, zdeterminowanych, by udowodnić premierowi, jak bardzo się myli i jak bardzo krzywdząca jest jego opinia. Do upadłego mogą powtarzać, że pracują dużo i nie tylko przy tablicy, a wystarczy jedno zdanie szefa rządu, by cały ten wysiłek pogrzebać.
Sześć lat temu Instytut Badań Edukacyjnych sprawdził, ile czasu spędza w pracy nauczyciel. Okazało się, że poza tablicą ma do wykonania jeszcze 53 zadania: opiniuje programy, bierze udział w konferencjach, opracowuje karty indywidualnych potrzeb, przygotowuje plany działań wspierających, pracuje w zespołach przedmiotowych i zespołach wychowawczych, prowadzi obserwacje i pomiary pedagogiczne – o większości z nich przeciętny człowiek nawet nie wie. A do tego dochodzi to, co wszyscy znamy z rzeczywistości uczniowskiej: rady pedagogiczne, spotkania z rodzicami, tworzenie planu lekcji, dyżury na dyskotekach, przygotowywanie uczniów do olimpiad, wypisywanie świadectw.
Oczywiście nie wszystkie te czynności nauczyciel wykonuje codziennie. Badanie IBE wskazuje na „złotą piątkę”: prowadzenie lekcji, przygotowywanie lekcji, prowadzenie innych zajęć z uczniami, przygotowywanie zajęć pozalekcyjnych, sprawdzanie prac. Te czynności większość pedagogów wykonuje codziennie i średnio zajmuje im to 34 godziny tygodniowo. Dodając pozostałe czynności, z badania IBE wynika, że nauczyciel pracuje przeciętnie 47 godzin tygodniowo.
W praktyce wygląda to tak: na przygotowanie każdej lekcji poświęca średnio około pół godziny. Oczywiście zależy to od jego stażu pracy, trudności w klasie, skomplikowania materiału. Do tego dochodzi sprawdzanie klasówek, wypracowań, prac domowych. Dalej są setki stron papieru, które trzeba jeszcze wypełnić dla dyrekcji, kuratorium. Marcin Korczyc, administrator face bookowej grupy dla pedagogów „Ja, nauczyciel”, tłumaczy:
Z pomocą w odpowiedzi na pytanie, ile dokładnie nauczyciel poświęca na pracę poza tablicą, znowu przychodzi badanie IBE. I tak przygotowanie oceny opisowej ucznia zajmuje średnio 5 godzin i 50 minut. Obserwacje i pomiary pedagogiczne to 3 godziny, przygotowanie planu działań wspierających to 2 godziny 35 minut, opracowanie karty indywidualnych potrzeb 2 godziny 40 minut, uczestniczenie w procesie ewaluacji wewnętrznej lub zewnętrznej to 3 godziny i 20 minut. Z analizy Instytutu Badań Edukacyjnych wynika też, że wśród wszystkich 53 czynności, które wykonuje nauczyciel, nie ma ani jednej, która zajmuje mniej niż godzinę.
Marcin Korczyc Nowego Roku również nie miał wolnego, bo wypełniał kolejne druki. Ale rozumie, skąd bierze się stereotyp głoszący, że pedagodzy mają mniej pracy. - opowiada. I nie chodzi tu tylko o miejsce przy stole i ciszę, o którą trudno w pokoju nauczycielskim. W domu ma wszystkie niezbędne narzędzia: laptop, drukarkę, tusz, papier. Szkoła nie zapewnia tych materiałów. - dodaje Korczyc.
Przede wszystkim święty spokój
Moje rozmowy z nauczycielami burzą jeszcze jeden stereotyp: leniwej kawki w pokoju nauczycielskim w trakcie przerwy. - mówi Anna Zając, nauczycielka języka angielskiego.- tłumaczy Marcin Korczyc.
Nauczyciele mówią głównie o zarobkach, bowiem - jak przekonuje Jarosław Pytlak, nauczyciel z długim stażem, od 30 lat dyrektor szkoły - opinia społeczna rozumie wyłącznie ten argument. Poza tym w nauczycielach tkwi niezgoda na to, że policjantom, którzy zarabiali podobnie, przyznano podwyżki w wysokości 1150 zł, a nauczycielom proponuje się 300 zł. – pyta retorycznie. A odpowiedź znajdujemy w danych GUS. Jak wyliczył portal OKO.press, pedagodzy zarabiają 74 proc. tego, co inni pracownicy budżetówki.
Ale jak podkreśla Pytlak, kryzys w oświacie jest o wiele głębszy i jeśli nie zaczniemy o nim rozmawiać, a ministerstwo nie przestanie udawać, że nie widzi prawdziwych problemów polskiej szkoły, to niedługo system szkolnictwa całkowicie się rozleci. Jeśli nie z powodu braku nauczycieli, którzy uciekają z tego zawodu, to dlatego, że ci, którzy zostaną, nie będą umieli poradzić sobie z dziećmi, rodzicami i dyrekcją.
słyszę od mojego rozmówcy. Do niedawna 10 proc. uczniów wymagało szczególnego traktowania, dziś w mojej ocenie jest to około 30 proc.. – mówi Pytlak.
Z roku na rok zauważa coraz większą liczbę dzieci z problemami emocjonalnymi i intelektualnymi. – tłumaczy. Tymczasem współczesna szkoła całkowicie pomija ten aspekt. Nie rozwiązuje problemów uczniów, bo nie ma na to czasu. Dyrektor zamiast przeznaczyć dodatkowe godziny, np. na zajęcia z psychologiem, woli dołożyć zajęcia z matematyki czy fizyki. To gwarantuje mu spokój: będzie miał podkładkę, że zrobił wszystko, co było w jego mocy, by dziecko dobrze wypadło na teście i w ten sposób obroni się przed ewentualnymi pretensjami rodziców.– mówi Marcin Korczyc. – tłumaczy.
Z perspektywy rodziców szkoła zmieniła się w usługodawcę. Straciła misyjny charakter: jej jedynym celem jest dostarczyć usługę, a nauczyciel jest traktowany jako element wyposażenia szkoły. A jeżeli usługa jest źle świadczona, to można ją skrytykować. Jeśli dodamy do tego brak autorytetów i zaufania społecznego - mamy gotowy przepis na katastrofę.
Papier przyjmie wszystko
Mówi się, że rodzice są roszczeniowi, ale zdaniem Jarosława Pytlaka nie chodzi o roszczeniowość. tłumaczy pedagog. Dobrym przykładem jest tu dysleksja. Nawet wiele lat terapii często skutkuje tylko niewielką poprawą. Tymczasem już po roku rodzice przychodzą z pretensjami, że nic się dziecku nie poprawiło, że chodzi na terapię i nic, nie ma żadnego efektu.
Frustruje to także nauczycieli. Chcieliby mieć możliwość indywidualnej pracy z podopiecznymi. Problemy są jednak dwa: umiejętności i czas. Nauczycieli nie kształci się bowiem, aby umieli radzić sobie np. z dziećmi z zespołem Aspergera. Jeśli chodzi o uczniów ze specjalnymi potrzebami, to pedagodzy są zdani sami na siebie. A nawet jeśli umieją sobie z takim uczniem poradzić, to nie mają na to czasu.
Winą za ten stan rzeczy obarczają m.in.. Problemy z nią są trzy. Przede wszystkim jest chaotyczna i nieskorelowana. Uczniowie na fizyce uczą się o wektorach, wykresach i funkcjach, nie znając tych pojęć. Fizyk, zanim przejdzie do omawiania zagadnień ze swojego przedmiotu, musi wytłumaczyć matematykę. Podobnie jest z historią i językiem polskim - kolejne epoki są omawiane bez powiązań na tych dwóch przedmiotach. Nauczyciele nie mogą założyć, że uczeń coś wie na dany temat z innego przedmiotu. Muszą wyjaśniać wszystko od początku. A to zabiera cenny czas, którego szczególnie brakuje w ósmej klasie. Uczniowie, którzy są pierwszym rocznikiem reformy, mają bardzo trudną sytuację: to, czego wcześniej uczyli się przez dwa lata, muszą opanować w rok.
Po drugie – podstawa programowa tkwi w XIX w. Jej reforma to tylko zastąpienie starych treści innymi starymi treściami. – - słyszę od jednego z nauczycieli, który przyłączył się do inicjatywy "Protest z wykrzyknikiem", wzywającej do szkolnego strajku i walki o podwyżki pensji.
Tak dochodzimy do kolejnej zmory - biurokracji. Jak mówią mi nauczyciele, szkoła stała się dla nich instytucją opresyjną. Nieustanne kontrole ich pracy nie mają na celu wyłapania problemów i ich rozwiązania. Są nastawione na znalezienie błędu. Pokazuje to też całkowitą fikcję systemu - kontroluje się bowiem dokumentację, a nie realne osiągnięcia. - słyszę od mojego rozmówcy.
Tym razem się nie poddamy
Zdaniem Pytlaka reforma Anny Zalewskiej całkowicie zniszczyła poczucie bezpieczeństwa nauczycieli, ale proces szczucia rodziców na nauczycieli zaczął się już wcześniej. - mówi. Marcin Korczyc:
Dodaje, że nauczycieli bardzo bolą powszechne kłamstwa na temat ich pracy. - mówi. Dlatego pracownicy oświaty bardzo by chcieli, aby nad zmianami w szkole pracowały grona eksperckie, a nie politycy. Bo szkoła nie lubi polityki i tylko w tym widzą szansę na przeprowadzenie realnych zmian. Czego jeszcze oczekują? Aby poważnie zacząć traktować zapisy w konstytucji, która mówi, że to państwo jest odpowiedzialne za edukację. Tymczasem dzisiaj największy ciężar jej prowadzenia spoczywa na barkach samorządów, które muszą borykać się z nieustannym niedofinansowaniem. Jak wylicza Marcin Korczyc, 10 lat temu do subwencji oświatowej samorządy dokładały 20 proc. budżetu szkół. Dzisiaj jest to 40 proc. - mówi.
Moi rozmówcy zdają sobie sprawę z tego, że środowisko nie myśli jednolicie. –- mówi Pytlak. Ale niedługo nawet ci pasjonaci nie zostaną. - mówi Marcin Korczyc. Jak mówią, walka toczy się o odzyskanie poczucia godności i szacunku. Od wszystkich słyszę: Tym razem się już nie poddamy.