Z Kasią problemy były od początku gimnazjum. Dziewczyna ledwo zaliczała semestry, opuszczała lekcje, a przy tym stwarzała fatalną atmosferę w klasie – obgadywała innych uczniów, dzieliła klasę, napuszczała jednych na drugich, była agresywna. wspomina wychowawczyni nastolatki, nauczycielka z miasta powiatowego.
Prawdziwe problemy zaczęły się jednak, kiedy Kasi groził brak zaliczenia roku. Matka zaczęła przychodzić do szkoły na spotkania z dyrektorem.
Kasia ostatecznie została przeniesiona do prywatnej szkoły. Dyrektor na koniec roku obciął nauczycielce wszystkie uznaniowe dodatki. Choć to ona animuje życie kulturalne, prowadzi kółka zainteresowań, organizuje wycieczki. Szef uznał, że lepiej dmuchać na zimne. I tej, na którą się skarżą, nie promować.
Kolejna historia rozegrała się w jednej z podwarszawskich szkół. – wspomina wychowawczyni ze świetlicy.
Problem dotyczy nie tylko miast. W jednej z wiejskich szkół matka notorycznie przychodziła z pretensjami do nauczycieli, zarzucając im, że nie potrafią uczyć. Co prawda jej dziecko nie było w stanie wykuć nawet prostych modlitw przed pierwszą komunią. Wina była jednak po stronie szkoły. Dziecko jest przecież najzdolniejsze i argumenty, że powinno pracować więcej – najlepiej również w domu z rodzicami – nie mają racji bytu. To wszystko w wiejskiej szkole, która jeszcze do niedawna była ostoją konserwatyzmu. Ostatnim bastionem tradycyjnego szacunku dla nauczyciela, który obok księdza i sołtysa jest jednym z filarów władzy.
Podobne historie może opowiedzieć niemal każdy nauczyciel. Mało kto się jednak nimi dzieli. Dziś to pedagodzy są pod ostrzałem, a rodzic – jeśli jest odpowiednio uparty, bezczelny, bezkrytyczny – może pozwolić sobie na wszystko. Nawet w finansowanej z podatków oświacie jest klientem, który płaci i wymaga. Może robić fochy. Pouczać. Besztać.
Gotowy produkt
mówi Sebastian Kępka, ekspert do spraw oświaty, prowadzący szkolenia między innymi w zakresie współpracy szkoły z rodzicami. Jego diagnoza jest prosta: stary model relacji między rodziną a szkołą się zdezaktualizował. Nikt jednak nie zdefiniował na nowo, jak one mają wyglądać. Dlatego rodzice traktują szkołę tak, jak nauczyły ich tego inne instytucje – po konsumencku. – uważa Kępka.
Nauczyciele przekonują, że doświadczają tego na własnej skórzewylicza Paweł Kołodziejczyk, nauczyciel z 20-letnim stażem. Uczy WOS w warszawskim liceum Lelewela. I ma wrażenie, że rodzice pogubili się w swoich oczekiwaniach. dodaje Małgorzata, chemiczka z warszawskiego gimnazjum. dodaje nauczycielka z wieloletnim stażem w wiejskiej szkole.
Rodzice nie tylko mają pretensje o jakość nauczania. Chcą również, by szkoła przejęła za nich wszystkie funkcje wychowawcze. Mają zapobiec piciu, paleniu, wagarowaniu, zachęcić do nauki, wdrożyć odpowiednie ideały. Za tymi wymaganiami nie idzie jednak szacunek do tego, który ma się tym zająć. Najważniejszego ogniwa w tym procesie – nauczyciela.
18-latka z krakowskiego liceum nie było w szkole przez dwa dni.denerwuje się Barbara, jedna z krakowskich polonistek. Pracuje w liceum, ale rodzice nadal chcą, by wychowywała ich dzieci. uważa.
opowiada jedna z nauczycielek klas 1–3 na wsi.
U niej w szkole był przypadek, że dwójka uczniów znienacka zaczęła dostawać same dobre oceny. Pisali testy na szóstki, oddawali je bardzo szybko. opowiada nauczycielka. Z rozmów wynikało, że uczniowie nie chcieli, ale rodzice uważali, że to świetny pomysł na oceny. Nie rozumieli, że – pomijając wszystkie inne aspekty – sami sobie szkodzą. Uczą nieuczciwości.
Barbara z Krakowa wylicza, że im gorzej rodzice sobie radzą z dziećmi, tym silniej są przekonani, że szkoła załatwi to za nich. opowiada nauczycielka.
Reklamacja
dodaje Piotr, historyk z Pomorza. Pół biedy, jeśli z reklamacją dzwoni do szkoły. Częściej skargi wędrują od razu do wyższych instancji.
opowiada krakowska polonistka. I podaje przykład: w szkole od dawna nie dają klasówek do domu. Uczniowie dopisywali sobie odpowiedzi, a następnie ze spreparowaną pracą wykłócali się o lepszą ocenę. Często do swojej wersji przekonywali rodziców (rodzic zawsze staje po stronie ucznia i bezkrytycznie wierzy w jego wersję). Jeden z uczniów dostał niedawno złą ocenę ze sprawdzianu z matematyki. Rodzice nie poszli do nauczyciela, od razu uderzyli do kuratorium, że szkoła gwałci prawa ucznia, nie oddając pracy do domu.
– mówi Alicja Chylińska, pedagog w szkole podstawowej. Również i organ prowadzący, czyli gmina, otrzymuje petycje od rodziców.
mówi Chylińska i dodaje, że placówce nic gorszego nie można zrobić. Oświacie potrzebny jest spokój, a kamery to zawsze niepotrzebne nerwy. Najgorzej, jeśli dziennikarze coś przekręcą i w świat wychodzi zupełnie skrzywiony obraz sytuacji. dodaje.
Do takiego stawiania sprawy zachęcają zresztą sami urzędnicy. Półtora roku temu do poważnego konfliktu na linii nauczyciele-rodzice doprowadziła ówczesna minister edukacji Joanna Kluzik-Rostkowska. Opublikowała na stronie resortu edukacji list zachęcający do informowania MEN o szkołach, które nie zorganizują opieki dla dzieci w przerwie świątecznej. Przypomniała, że w czasie wolnym od zajęć szkoły mają taki obowiązek. I dodała: „Gdyby mieli państwo jakiekolwiek wątpliwości w tej sprawie, prosimy o kontakt”, podając też numer infolinii i adres e-mailowy. – wspomina Piotr.
Gwarancja
Jednak gdyby nawet miało to działać na tej zasadzie "gwarancja – reklamacja", powinna istnieć współpraca. Tymczasem wspólnych celów brakuje.opowiada polonistka z krakowskiego liceum. Często organizuje wyjścia z dziećmi w soboty na dodatkowe zajęcia, wyjścia do teatru, festiwal nauki. dodaje.
Popularne, zwłaszcza w dużych miastach, są urlopy w ciągu roku. Dziecko nie przychodzi do szkoły nawet dwa-trzy tygodnie, bo rodzic znalazł świetnego "lasta" na Kanary.
Jednocześnie, szczególnie w tych młodszych klasach, rodzice są roztrzęsieni. tłumaczy Małgorzata Barańska, nauczycielka gdańskiej podstawówki.
Brak zaufania to jedna z kluczowych spraw, na które zwracają uwagę nauczyciele. I tego im najbardziej żal. Bo uważają, że tracą je z roku na rok. Spada ich prestiż w oczach rodziców, a to szkodzi. komentuje Piotr, historyk z wiejskiej szkoły na Pomorzu.
Charakterystyczne jest to, że kiedy zderzyć dwie opowieści nauczyciela i ucznia, dorośli z definicji wierzą dziecku.mówi Małgorzata Barańska.
Postawy są różne, część chce ciągle kontrolować, inni wolą w ogóle się nie wtrącać. mówi Paweł Kołodziejczyk
Infolinia
Rodzicielscy konsumenci pewnie stąpają na gruncie prawnym. Chcą mieć wszystko jasno napisane.wspomina dyrektor z Dolnego Śląska.
Jeśli rodzic ma wątpliwości, chciałby zadzwonić na infolinię. Najlepiej czynną 24 godziny na dobę. Wśród nauczycieli – szczególnie podstawówki – mówi się, że samobójstwem jest podanie rodzicom numeru telefonu komórkowego. opowiada historyk. –
Każdy radzi sobie, jak może. przyznaje Paweł Kołodziejczyk. Rodzice starają się przestrzegać tych zasad.
zastanawia się Chylińska.
Jeśli nie można zadzwonić, zawsze można wysłać e-maila. Ułatwia to elektroniczny dziennik, który obowiązuje już w większości szkół. opowiada Sebastian Kępka z firmy Edukompetencje.
Niektórzy uważają, że powinni jeszcze tego samego dnia: na przerwie czy wieczorem z domu. Zdaniem innych w ogóle nie mają obowiązku odpisywać. dodaje Kępka.
Zanim pracownik działu obsługi klienta usiądzie na słuchawce albo zacznie odpowiadać na wiadomości, przechodzi specjalne szkolenie, na którym dowiaduje się, że trzeba być dla klienta miłym, cierpliwym, podawać maksymalnie szczegółowe informacje. Nauczyciele (średnia wieku to grubo ponad 40 lat) takich szkoleń nie przechodzą, choć ich praca polega głównie na kontakcie z drugim człowiekiem. mówi nauczyciel z miasta średniej wielkości.
mówi Kępka.
Matematyczka z dużego miasta najczęściej nie odpowiada w ogóle na pytania w e-dzienniku. Z doświadczenia wie, że to początek długiej konwersacji. Często zupełnie bezsensownej. Jeden z ojców nękał ją pytaniami, dlaczego jego córka dostała jedynkę, choć widział w systemie elektronicznej komunikacji, że chodziło o brak pracy domowej. opowiada nauczycielka. Sprawa dotyczyła dziecka w II klasie gimnazjum. Raz grzecznie odpisała, że zaprasza w środy na konsultacje. Chętnie wytłumaczy. Napisał skargę do kuratorium, że nie odpowiada na jego pytania.
Forma elektroniczna ułatwia działanie w emocjach, najczęściej tych złych. przyznaje Kępka. Dziś można wylać z siebie wszystko i bez zastanowienia wcisnąć „enter”.
uważa chemiczka. U niej było tak, że trójka dzieci nie nadążała z nauką. Co zrobiły matki? W internecie zorganizowały grupę. Wylansowały teorię, że chemiczka źle uczy. I doniosły do dyrektora. –opowiada.
Nowa marka
Zdaniem Kępki szkole potrzebne jest odświeżenie marki. Spójrzmy choćby na wywiadówki. W nowych realiach stały się przeżytkiem. Nauczyciele boją się ich. tłumaczy. To nowatorskie podejście nie odbiega od tego, co się działo jeszcze za czasów PRL. tłumaczy Kępka. Z tym nauczyciele nie zawsze sobie radzą. Tym bardziej, że wielu rodziców często wchodzi w ich buty. dodaje.
mówi Maria Mendel z Uniwersytetu Gdańskiego. dodaje. Potwierdzają to badania rad rodzicielskich – działają w nich tylko nieliczni. Pozostałych taka aktywność zwykle w ogóle nie interesuje. Partnerstwo między pedagogami a rodzicami to wyjątek.
Sposób
Nauczyciele biorą część winy na siebie. przyznają. Dodają też, że rodzice, którzy do szkoły przychodzą, to niewykorzystany potencjał. Można by wykorzystać ich, jak kiedyś – np. do tego, żeby pójść z klasą do muzeum. Żeby ich do tego przekonać, dziś potrzeba zupełnie innych umiejętności niż 30 lat temu.
Barańska mówi, że trzeba mieć nie tylko wiedzę, ale być dobrym psychologiem. Umieć stawiać granice. Na studiach tego nie uczą. To się ma albo nie. Choć niektórzy z czasem się uczą.mówi. Uważa, że sobie radzi. Ale widzi czasem zmagania kolegów i wie, że jeżeli na początku popełnili błąd, są zgubieni.
Barbara, polonistka z Krakowa, miała w klasie konflikt. Grupa była podzielona, część chciała się uczyć ponad program, druga nie. Zrobiło się nieprzyjemnie. - – opowiada. Postanowiła wcześniej skorzystać z porad fachowców – poszła na indywidualne szkolenie.
Rodzice mają tendencje, by uważać się za specjalistów od wszystkiego. Jeśli tak chcą, niech tak będzie. Tylko – jak mówi Barańska – trzeba zaznaczyć, kto za co będzie odpowiadał.