Dziennik Gazeta Prawana logo

Być wolontariuszem w Kambodży, czyli koniec świata prosi o pomoc

9 sierpnia 2015, 18:09
Ten tekst przeczytasz w 9 minut
Szkoła we wsi Po
Szkoła we wsi Po/aseanschool.info
Bez smartfona, bez internetu, bez znajomości angielskiego, za to z obawą o jutro, o dach nad głową, o to, czy ktoś ich kiedyś nie sprzeda do domu publicznego. Tak żyją dzieci na zapomnianej kambodżańskiej prowincji. A ich wielkim marzeniem jest, by pójść do szkoły, w której ktoś opowie im o świecie. Ktoś - może... TY?

Rower i trochę szczęścia

Bun Term ma 10 lat, trójkę rodzeństwa i dwa kilometry do szkoły. Nie ma roweru, więc chodzi piechotą - w deszcz, upał, w tę i z powrotem. Musi się spieszyć, bo po szkole aż do zmierzchu pomaga rodzicom przy krowach. Nigdy nie opuścił rodzinnej wioski, nie licząc pobliskiej świątyni. Nie ma smartfona. Nie ma komputera, nie ma pojęcia o internecie, o świecie. Tak jak świat nie ma pojęcia o jego szkole, a w zapomnianej szkole nie ma komu uczyć go angielskiego i opowiadać o cywilizacji.

Lyhour też ma 10 lat. Czarne oczy zarażają ufnością, a uśmiech nie znika nawet po puszczeniu gola w czasie gry w piłkę. Ale drugi raz tak łatwo piłka go nie minie, bo Lyhour jest ambitny i uczy się na błędach. Tego nauczyło go jego niełatwe życie. Jest jedynakiem, mieszka z babcią w bambusowym domku na palach, pokrytym liśćmi palmy. Parter to goła ziemia, gdzie chłopiec spędza dni ze świnią i kurami. W porze suchej cień chroni przed słońcem, ale gdy przychodzą deszcze, błoto sięga do kostek i Lyhour przenosi się na piętro. Jego rodzice wyjechali na zmywak do sąsiedniej Tajlandii. W Kambodży wymęczonej przez 30-letnią wojnę i terror Czerwonych Khmerów na wsi trudno o jakiekolwiek perspektywy. Prowincja zatrzymała się w XIX wieku. Z drobną domieszką nowoczesności – zamiast konnych powozów są skutery, a oliwne lampy zastąpiła żarówka. Goła, bo abażury są za drogie.

Ale Lyhour ma więcej szczęścia od Buna. Bo jego szkole w Angkor Borei udało się zdobyć wolontariuszy - młodych ludzi z całego świata, którzy na własny koszt przyjeżdżają, by uczyć dzieci angielskiego, matematyki, przyrody, fizyki... To dzięki ich pomocy szkoła w ogóle funkcjonuje.

Lekcja w szkole w wiosce Po

W Kambodży państwowe szkoły, choć darmowe, uczą bardzo kiepsko i jest ich za mało. Alternatywą są prywatne prestiżowe podstawówki w dużych miastach, które jednak są droższe niż szkoły na Zachodzie – czesne to nawet ponad dwa tysiące dolarów za miesiąc. Dlatego edukacja z dala od dużych miast opiera się na małych prywatnych szkółkach, utrzymywanych przez lokalne społeczności i dzięki wsparciu wolontariuszy. Właśnie dlatego, choć rodzina Lyhoura (podobnie jak większości jego kolegów i koleżanek) nie ma pieniędzy na opłacenie szkoły, chłopiec może się uczyć.

- - tak o Lyhourze opowiada dyrektor ASEAN International English School in Angkor Borei, Sophea Koy. Tłumaczy, że takich dzieci - azjatyckiej wersji eurosierot - w Kambodży jest bardzo wiele. By mogły się uczyć, potrzeba niewielkiego finansowego wsparcia i rowerów. - - dodaje Sophea Koy.

Działanie siłą rozpędu i pasji

Kierowana przez niego szkoła, mimo szumnej nazwy, to po prostu zbiór blaszanych baraków, ustawionych we wsi. Powstała i trwa dzięki drobnemu wsparciu finansowemu i uporowi dyrektora. I taki scenariusz się powtarza: fundator z zagranicy - wolontariusz, który przybył w dżunglę z plecakiem i złapał wirus pomagania - przeznacza kilka tysięcy dolarów na otwarcie nowej szkoły. Potem znajduje się dyrektora: młodego, pełnego ideałów mieszkańca danej wsi, który tę szkołę poprowadzi. Kolejny krok to rejestracja firmy, potem trzeba opłacić czynsz, rachunki, wypłacić pensje khmerskim nauczycielom i znaleźć do pomocy wolontariuszy, gotować obiady dla kadry.

Nauczyciele ze szkoły w Angkor Borei przygotowują obiad dla kadry / aseanschool.info

Czesne, choć bardzo niskie - ledwie kilka dolarów miesięcznie - opłacane jest tylko w teorii. Rodzice uczniów płacą, jeśli akurat mogą, a że najczęściej nie mogą, pensji nie dostają ani nauczyciele, ani dyrektor.

Ale to właśnie szkoła, obok pagody, staje się centrum życia wioski. Miejscem, gdzie dzieci przychodzą także w dni wolne i po godzinach. -- opowiada Paweł Bolek, wolontariusz z Polski, który tak zżył się ze swoją wiejską szkołą, że postanowił osiedlić się w Kambodży. Polak, który prowadzi w Takeo mały hostel i agencję turystyczną, a każdą wolną chwilę poświęca na organizowaniu pomocy dla swoich podopiecznych, wyjaśnia, że czasem dyrektorzy zakładają szkoły przy swoich domach: budują prowizoryczną klasę, a własne podwórko i część powierzchni mieszkalnej adaptują na potrzeby placówki.

- - opisuje Paweł.

Sytuacja wiejskich szkół jest tak zła, że z otwartymi rękoma przyjmą tam każdego chętnego z zachodniego świata. Tymczasem dyrektorzy nie mają ani doświadczenia, ani pieniędzy, by zareklamować swoją placówkę. A zorganizowany wolontariat trafia najczęściej do bogatszych szkół w większych miastach, których właściciele umieją się „dogadać”z międzynarodowymi organizacjami.

-- tłumaczy Paweł Bolek. I opisuje sytuację, której sam był świadkiem:

Lekcja języka angielskiego prowadzona przez wolontariusza z Kolumbii

Pomaganie

Taki prywatny wolontariat jest relatywnie tani, a - co ważniejsze - pieniądze trafiają do naprawdę potrzebujących. W szkole w Angkor Borei wolontariusz płaci 20 dolarów tygodniowo za nocleg, prysznic i 2 posiłki dziennie przez 5 dni w tygodniu. Za te środki przygotowuje się obiady dla całej kadry. To 80 dolarów miesięcznie, czyli 160 za pobyt przez całe wakacje. Najdroższy jest bilet lotniczy – z dużym wyprzedzeniem i poświęcając trochę czasu na poszukiwania, można kupić lot z Warszawy do Bangkoku za 1800 zł, do tego transfer do Phnom Penh (minibusem – ok. 25 dol. albo samolotem za ok. 100 dol.) i wiza (dwumiesięczna - ok. 60 dol.). Doliczając wydatki na wyżywienie w weekendy, używki plus koszty zwiedzania - nie można nie zobaczyć słynnych świątyń w Angkor Wat – koszt dwumiesięcznego pobytu na wolontariacie w Kambodży nie powinien przekroczyć 1600-1800 dol. Tymczasem pierwsza z brzegu, znaleziona w internetowej wyszukiwarce firma organizująca wyjazdy w ramach wolontariatu, za dwumiesięczny pobyt w kambodżańskiej szkole liczy sobie ponad 5 tys. dolarów. Bez prywatnych wydatków i wycieczek.

Ale tu i tak najcenniejsze są przyjaźnie z khmerskimi dziećmi i nauczycielami z całego świata. Bywa że wolontariusze zrzucają się i kupują mieszkańcom wsi rowery albo kury, bo akurat jakąś rodzinę dotknął pomór i groziłby im głód.

- - relacjonuje Paweł Bolek. Samo uczenie dzieci zajmuje 2-3 godziny dziennie i wcale nie trzeba mieć ukończonych kursów. Wystarczy w miarę poprawna znajomość angielskiego i pasja. - - wspomina Polak z Takeo.

Lily - khmerska nauczycielka angielskiego - języka nauczyła się właśnie dzięki wolontariuszom. Pamięta jak niecierpliwie czekała z koleżankami na ich zajęcia.

-- opowiada Lily.

Boże Narodzenie w wiejskiej szkole w Angkor Borei / aseanschool.info

Teraz taką szansę dostaje 10-letni Bun. Rodzice zgodzili się wysłać go do ciotki w Takeo, tam gdzie działa szkoła, do której docierają wolontariusze. Przez trzy miesiące będzie mógł się uczyć języka angielskiego, zobaczy też po raz pierwszy w życiu komputer. I konsolę do gier. I pozna internet. Potem niestety będzie musiał wrócić do swoich krów. I szkoły bez nadziei. Chyba że ktoś z Zachodu do niej dotrze i pokaże dzieciom inny świat.

Szkół w Kambodży, które potrzebują pomocy wolontariuszy, można szukać za pośrednictwem portali workaway.info lub helpx.net. Każdemu chętnemu pomoże też Paweł Bolek - można go znaleźć na stronie takeotravel.com lub na Skype: paulvanthold

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zapisz się na newsletter
Najważniejsze wydarzenia polityczne i społeczne, istotne wiadomości kulturalne, najlepsza rozrywka, pomocne porady i najświeższa prognoza pogody. To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik.pl. Trzymamy rękę na pulsie Polski i świata. Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj