Brak sprzętu albo dostępu do sieci jest mniejszym kłopotem niż w poprzednim roku szkolnym. Obecnie głównym problemem zdalnej edukacji jest pozorowanie nauki przez dzieci. Uczniowie chodzą na lekcje w kratkę, w ich trakcie grają w gry komputerowe albo po prostu śpią ze słuchawkami w uszach.
Izabela Leśniewska, dyrektor podstawówki w Radomiu, mówi, że niektóre dzieci uczestniczą w lekcjach raz w tygodniu lub rzadziej. – – precyzuje. Na 500 uczniów w szkole jest jednak kilkoro, wobec których musiała zadziałać radykalnie. Wcześniej proponowano im zajęcia w szkole. – – mówi.
Resort edukacji nie wie, ile dzieci przestało chodzić do szkoły, bo nie zbiera takich danych. Z informacji Związku Nauczycielstwa Polskiego wynika, że problem dotyczy niemal każdej szkoły. W Częstochowie w lekcjach przestało uczestniczyć 99 uczniów. W Kujawsko-Pomorskiem, gdzie kuratorium przeprowadziło w szkołach ankietę, e-lekcje ignoruje 288, czyli 0,1 proc. uczniów. Zakładając, że taka sytuacja panuje w innych województwach, z systemu wypadło kilka tysięcy uczniów.
Jeśli dane dziecko przestało uczestniczyć w lekcjach, problem rzadko wynika z powodów sprzętowych. Te starano się rozwiązać przed nowym rokiem szkolnym. Starały się pomóc samorządy. Nauczyciele i uczniowie, którzy zgłosili braki, mogli skorzystać ze sprzętu wypożyczonego przez szkołę. – – wyjaśnia Marta Stachowiak z bydgoskiego ratusza.
Poza tym część uczniów, która nie ma odpowiednich warunków w domu, może chodzić do szkoły. W Rybniku jest ich 81. Dariusz Zalewski, dyrektor szkoły w Kartuzach, mówi, że we wrześniu rozesłał ankietę do rodziców. Dlatego znał dzieci, które nie mogą się uczyć w domu. – Brak sprzętu, liczne rodzeństwo, rodzice pracujący poza domem to najczęstsze powody. Na 700 uczniów w szkole problem dotyczy 15–20. Te dzieci przychodzą uczyć się do szkoły w grupach czteroosobowych pod kierunkiem nauczycieli ze świetlicy lub tych, którzy akurat nie prowadzą zajęć zdalnych – opowiada dyrektor. Zaznacza jednak, że ma kilkoro uczniów, z którymi kontakt urwał się całkowicie.
– – mówi Zalewski.
Te dzieci, które logują się na lekcje, łatwo się dekoncentrują. „Dawaj, zabij go!” – takie okrzyki przerywają czasem lekcje fizyki czy polskiego. Zdarza się, że któryś z uczniów zapomni wyłączyć mikrofon i wychodzi na jaw, że akurat gra z kolegami w grę komputerową. – – opowiada nauczycielka. Z badania Fundacji Dajemy Dzieciom Siłę wynika, że aż 43 proc. 13–17-latków źle znosi zdalną edukację.
Daria Chmiel, dyrektor szkół przy Młodzieżowym Ośrodku Socjoterapii „Kąt”, mówi, że niemałe grono uczniów nie chce uczestniczyć w takich lekcjach. – – opowiada dyrektor. Ta szkoła stworzyła stanowiska dla uczniów, którzy nie mogą uczyć się w domu. Na 200 dzieci problem dotyczy kilkorga. – – mówi Daria Chmiel. Podobne doświadczenia ma Tomasz Bilicki, nauczyciel z Łodzi. W jego ocenie dzieci, które już przed pandemią miały zaburzenia lękowe albo niską samoocenę, dziś nie mają siły same się uczyć. –– dodaje.
Ten problem dotyczy także szkół plasujących się wysoko w rankingach. Adam Rębacz, wiceszef stołecznego liceum im. Hoffmanowej, opowiada, że niektórym podopiecznym zdarza się zniknąć na kilka dni. W szkole działa grupa szybkiego reagowania złożona z psychologów, których zadaniem jest wyłapywanie sytuacji, które mogą świadczyć o problemach z nauką czy w domu. – – mówi Rębacz. Zastrzega, że w utrzymaniu dzieci blisko szkoły przeszkadza też perspektywa. Dziś nie ma już hasła „byle do wakacji”, bo większa jest niepewność, co dalej.
Samorządy i dyrektorzy starają się na to reagować. Wyjątkowo trudno jest w klasach pierwszych, zarówno podstawówek, jak i liceów. Dzieci znają się pobieżnie, nie zdążyli ich poznać także nauczyciele. – – pyta Marek Gralik, kurator w Kujawsko-Pomorskiem. Jego zdaniem 45 minut lekcji przed komputerem to za długo. Dlatego zarządził lekcje 30-minutowe. W Opolu za pośrednictwem Miejskiego Centrum Wspomagania Edukacji uruchomiono 48 wirtualnych gabinetów psychologów i pedagogów wspierających nauczycieli, uczniów i rodziców. W Krakowie pojawiły się telefony wsparcia dla osób potrzebujących rozmowy z powodu trudności emocjonalnych związanych z pandemią. Mogą dzwonić zarówno uczniowie, jak i rodzice.
Zdalna edukacja w Polsce na pewno potrwa do Bożego Narodzenia, a po Nowym Roku rozpoczną się ferie zimowe. Wariant optymistyczny zakłada, że po nich budynki szkół znów zapełnią się uczniami. Na razie potwierdza się podejrzenie, że wirus rzadziej atakuje dzieci. Chociaż nieletni stanowią 29 proc. ludności świata, odpowiadają za 8 proc. wykrytych zakażeń koronawirusem. Z przeglądu Światowej Organizacji Zdrowia (WHO) wynika, że granicą jest wiek 9–10 lat. Dzieci przed jego osiągnięciem rzadziej łapią wirusa, a jeśli już, to zakażają mniej efektywnie, bo krócej utrzymuje się u nich duża koncentracja wirusowych cząstek w wydychanym powietrzu. Starsze dzieci roznoszą wirusa efektywniej, a u młodzieży proces wygląda już jak u dorosłych.
Dlatego WHO jest przekonana, że szkoły nie są siłą napędzającą pandemię, o ile wirus nie roznosi się drogą transmisji poziomej, czyli nie wyrwał się spod kontroli (w Polsce to nastąpiło). Ale nawet wtedy zakażenia w szkołach podążają po prostu za ogólnym trendem, a nie stanowią siły napędowej. Poszczególne kraje wolą jednak dmuchać na zimne. W Austrii szkoły zamknięto w ubiegłym tygodniu. W Czechach 18 listopada do swoich placówek wrócili uczniowie klas I i II oraz przedszkolaki. Wśród środków ostrożności, jakim będą musiały się poddać maluchy, są maseczki, zakaz lekcji śpiewu i wf.
Co do zasady jednak szkoły w Europie pozostają czynne. Niemcy postawiły na wietrzenie pomieszczeń, w związku z czym dzieci mogą mieć w klasach zimowe kurtki. W niektórych miejscach eksperymentuje się z prostymi miernikami stężenia dwutlenku węgla jako wskaźnika wydychanego powietrza. Szkoły pozostają otwarte we Francji, gdzie na początku listopada w proteście przeciw przepełnieniu klas strajkowali nauczyciele. Placówki edukacyjne działają w Danii, Holandii i Szwecji, chociaż w tym ostatnim kraju niedawno zezwolono na prowadzenie większej liczby zajęć zdalnych.
AstraZeneca dołączyła wczoraj do grona producentów, którzy opublikowali wstępne wyniki trzeciej fazy badań klinicznych preparatu przeciw koronawirusowi. 9 listopada zrobił to Pfizer, a tydzień później swoje rezultaty opublikowała Moderna. To znaczy, że czekamy jeszcze na wstępne wyniki pozostałych trzech firm, których szczepionki mogą trafić do Polski na mocy umów z Komisją Europejską: Johnson & Johnson, Sanofi-GSK oraz CureVac. Ta pierwsza może zdążyć z publikacją przed końcem 2020 r., u pozostałych dwóch będzie to prawdopodobnie początek przyszłego roku.