Od poniedziałku rodzice uczniów klas I‒III szkół podstawowych mogą wysyłać dzieci do placówek. W pierwszym dniu z tego prawa skorzystało 48 tys. uczniów na 1,1 mln uprawnionych. Być może opiekunów oprócz lęku przed koronawirusem skutecznie odstraszyło to, że zostali zasypani różnego rodzaju oświadczeniami (część z nich jest składana pod odpowiedzialnością karną za poświadczenie nieprawdy). Musieli zgodzić się np. na badanie dziecku temperatury i zadeklarować, że nie będą mieć roszczeń wobec placówki, jeśli ich syn lub córka zachorują (więcej na ten temat piszemy dziś w dodatku „Samorząd i Administracja”).
Obniżanie lotów
Marek Pleśniar, prezes Ogólnopolskiego Stowarzyszenia Kadry Kierowniczej Oświaty, jest przekonany, że powrót części dzieci do szkół wpłynie na obniżenie jakości kształcenia na odległość, bo uczniowie po powrocie do domu często nie będą mieć możliwości (albo siły) na udział w lekcjach z nauczycielami.
– – podkreśla ekspert.
Część samorządów (np. Łódź) nie zdecydowała się na uruchomienie szkół, między innymi dlatego że rodzice nie wysyłają pociech do placówek, bo wciąż otrzymują zasiłek opiekuńczy. Dyrektorzy mówią wprost, że problem będzie, gdy – jak w przedszkolach – z każdym dniem będzie przybywało stacjonarnych uczniów. – – konstatuje Marek Pleśniar.
Prawnicy namawiają rodziców uczniów klas wczesnoszkolnych, aby domagali się od szkoły organizowania lekcji w placówkach.
– – mówi Beata Patoleta, adwokat, ekspert ds. oświaty.
Efekt jest taki, że po powrocie do domu uczeń musi z opiekunem odrabiać lekcje, które zostały wysłane przez nauczyciela.
Przypomnijmy, że Dariusz Piontkowski, minister edukacji narodowej, przekonywał rodziców, że uczniowie klas I‒III będą mieć zapewnione w placówkach zajęcia opiekuńcze z elementami dydaktyki.
Wirtualne konsultacje
Minister Piontkowski uznał też, że uczniowie mają prawo do konsultacji i mogą domagać się, aby odbyły się one na terenie szkoły. Dyrektorzy przestrzegają, że jeśli chętnych byłoby zbyt wielu, dojdzie do paraliżu zajęć z pozostałymi uczniami.
– – mówi Waldemar Bartosik, dyrektor Liceum Ogólnokształcącego w Ostrowi Mazowieckiej.
Grażyna Lachcik, dyrektor szkoły podstawowej nr 18 w Rzeszowie, przekonuje, że pomysł, aby uczniowie klas IV‒VII mieli zapewnione konsultacje od 1 czerwca, jest absurdalny i w wielu szkołach nie będzie możliwy do zrealizowania w trybie stacjonarnym.
– – tłumaczy szefowa rzeszowskiej podstawówki.
Problemy z konsultacjami mają też szkoły branżowe.
– – mówi Tomasz Malicki, profesor oświaty i wicedyrektor Technikum nr 2 w Krakowie.
Dodaje, że jego uczniowie domagają się też konsultacji w pracowni gastronomicznej przed egzaminami zawodowym. I tu pojawia się dodatkowy problem. – O ile mamy wytyczne, jak powinien wyglądać reżim sanitarny podczas spotkania z nauczycielem w sali lekcyjnej, o tyle w przypadku tych zajęć nie wiemy, jak się mamy zachować – podkreśla Malicki.
Nauczyciele walczą o swoje
Dyrektorzy potwierdzają, że nauczyciele niechętnie patrzą na dodatkowy obowiązek prowadzenia konsultacji. Nie ma bowiem pieniędzy ani na testy na obecność koronawirusa, ani na dodatkowe zajęcia.
–– zapowiada Marek Pleśniar.
Związkowcy chcą, aby nauczyciele za konsultacje otrzymywali dodatkowe wynagrodzenie. Związek Nauczycielstwa Polskiego wysłał nawet do MEN propozycje takiej zmiany przepisów, aby jasno z niej wynikało, że konsultacje dla absolwentów szkół średnich – maturzystów będą dodatkowo wynagradzane w formie tzw. godzin ponadwymiarowych.
– – deklaruje Krzysztof Baszczyński, wiceprezes ZNP.