Problem ma dotyczyć kilkudziesięciu miast i coraz większej liczby mniejszych gmin. Nam udało się namierzyć kilka tego typu przypadków. I tak np. do władz Krakowa zgłosiła się kancelaria prawna występująca w imieniu dwóch przedszkoli. Wzywają one gminę do wyrównania – ich zdaniem zaniżonej – dotacji, jaką placówki otrzymywały od miasta w latach 2009–2012. – – mówi Dariusz Nowak z krakowskiego magistratu.
Podobna sytuacja jest we Wrocławiu. – – informuje Maja Wysocka z Urzędu Miasta we Wrocławiu. Też nie podaje skali roszczeń.
W Warszawie już ok. 20 placówek niepublicznych wystąpiło do sądu o odszkodowania z powodu zaniżonych dotacji. Jak słyszymy, większość dotychczasowych rozstrzygnięć jest korzystna dla miasta i tylko w jednej sprawie, w której zapadł prawomocny wyrok, częściowo przyznano rację placówce oświatowej.
Jak mówią nam samorządowcy, w przypadku większych miast kwoty roszczeń sięgają milionów złotych. Ale dla mniejszych jednostek nawet skromniejsze kwoty to również spory wydatek. Przykładowo pod koniec ubiegłego roku Sąd Apelacyjny we Wrocławiu I Wydział Cywilny uznał, że władze Wałbrzycha muszą zapłacić spółce prowadzącej przedszkole niepubliczne ponad 455 tys. zł wraz z ustawowymi odsetkami.
Problem wynika z tego, że przed 2017 r. brakowało precyzyjnych przepisów, które określały sposób liczenia dotacji. Zgodnie z art. 90 ust. 2b ustawy z 7 września 1991 r. o systemie oświaty – w brzmieniu obowiązującym w latach poprzednich – dotacje dla przedszkoli niepublicznych przysługiwały na każdego ucznia w wysokości nie niższej niż 75 proc. ustalonych w budżecie danej gminy wydatków bieżących, ponoszonych w przedszkolach publicznych w przeliczeniu na jednego ucznia.
Samorządowcy wskazują, że zapis ten był bardzo ogólnikowy (co zaliczyć do wydatków bieżących). W konsekwencji lokalne władze, obliczając dotację, nie robiły tego w sposób jednolity. Dopiero zmiana przepisów od stycznia 2017 r. sprecyzowała podstawę naliczania dotacji. Ale to nie uchroniło gmin przed falą roszczeń za wcześniejsze lata.
Spór dotyczy kilku kwestii. I tak np. przedszkola niepubliczne domagają się wliczania do podstawy obliczenia dotacji pieniędzy gromadzonych przez przedszkola publiczne na rachunkach dochodów własnych. Są to kwoty pochodzące najczęściej z wpłat rodziców za wyżywienie, z darowizn czy od sponsorów (nie są to środki budżetowe). Zdaniem samorządów postulat przedszkoli niepublicznych jest irracjonalny. –– przekonuje stołeczny ratusz i wskazuje, że MEN rację w tej kwestii przyznaje gminom.
Druga oś sporu dotyczy sposobu dotowania poszczególnych typów placówek. Niektóre samorządy obliczały dwie odrębne kwoty dotacji dla niepublicznych przedszkoli ogólnodostępnych i integracyjnych. Dziś niektóre placówki ogólnodostępne kwestionują taki sposób obliczeń, domagając się uśrednienia kwoty dotacji. Tyle że w przypadku Warszawy, przy uśrednieniu, miesięczna dotacja dla ogólnodostępnych przedszkoli byłaby niewiele wyższa (o ok. 20 zł), natomiast dla integracyjnych spadłaby o około 400 zł. A koszt utrzymania placówek integracyjnych jest wyższy, choćby z powodu zatrudniania tam specjalistów oraz mniejszej liczebności oddziałów. – – mówi Kamil Dąbrowa.
MEN nie odpowiedział nam, jakie widzi wyjście z sytuacji.
Samorządowcy narzekają. – – kwituje Marek Wójcik ze Związku Miast Polskich.