Ile dokładnie, nie wiadomo – bo nie ma wiedzy, jak dzieci roznoszą wirusa. – Przyjęliśmy kilka modeli, bo nie wiemy, jaka jest transmisja wśród młodych, na pewno znacznie niższa niż wśród dorosłych. Jest potwierdzony przykład chorego nastolatka, który miał kilkadziesiąt kontaktów, a mimo to nikogo nie zaraził – mówi dr Franciszek Rakowski z Interdyscyplinarnego Centrum Modelowania UW.

Reklama

Epidemiczny krajobraz po powrocie uczniów do ławek może być podobny do tego z kopalni: od ogniska do ogniska. To stanowi zagrożenie dla nauczycieli i innych pracowników szkół oraz uczniów, którzy od początku epidemii byli "zamrożeni” – a więc nie nabyli odporności. Jednak najbardziej narażeni będą starsi pedagodzy i starsi opiekunowie, którzy przychodzą po najmłodszych. Największą niewiadomą jest to, jak i czy dzieci zarażają. Są analizy, że jedno chore dziecko zaraża 1 proc. liczby osób, jaką by mógł zakazić jeden chory dorosły. – Jak zakażalność dzieci i młodzieży szkolnej wyniesie 1 proc., to nic się nie stanie. A jak będzie taka sama jak wśród dorosłych, to możemy mieć wybuch epidemii, takiej, jaka byłaby, gdyby nie wprowadzono żadnych ograniczeń, łącznie z groźbą przeciążenia służby zdrowia – podkreśla Franciszek Rakowski.

Choć liczba przypadków koronawirusa nie spada, rząd trzyma kurs na otwarcie szkół. – Premier nie jest zwolennikiem dalszego zamknięcia edukacji, w innych krajach mimo epidemii otwarto szkoły. Zresztą dalszemu zamknięciu placówek przeciwni są rodzice – mówi nam osoba z rządu. Wiceminister zdrowia Waldemar Kraska co prawda wczoraj przekonywał, że ostateczna decyzja o otwarciu i działaniu szkół zapadnie pod koniec sierpnia. Jednak trwają prace zakładające, że nastąpi powrót do ławek. – Gdyby pojawiło się ognisko epidemii czy realne zagrożenie dla zdrowia czy życia uczniów oraz nauczycieli, dyrektor szkoły, po uzyskaniu zgody powiatowego inspektora sanitarnego, będzie mógł szybko zareagować – mówi Justyna Sadlak z biura prasowego MEN. I dodaje, że dla dyrektora przesłanką do podjęcia działań, tj. wystąpienia do organu prowadzącego oraz państwowego powiatowego inspektora sanitarnego o zgody na zawieszenie zajęć, będzie brak możliwości zapewnienia bezpieczeństwa zdrowotnego uczniom, np. gdy właściwe służby stwierdzą tam przypadki zachorowania na COVID-19.

Ponadto MEN we współpracy z głównym inspektorem sanitarnym przygotowuje wytyczne epidemiologiczne dla szkół podstawowych i ponadpodstawowych, które będą obowiązywały od 1 września 2020 r. Zalecenia będą miały zastosowanie do organizacji pracy szkoły dla dzieci i młodzieży w systemie stacjonarnym.

Resort zdrowia potwierdza, że na bieżąco współpracuje w tej kwestii z Ministerstwem Edukacji. – Stale obserwujemy sytuację sanitarno-epidemiologiczną dotyczącą zakażenia wirusem SARS-CoV-2, analizujemy dynamikę przyrostu zachorowań oraz zmiany wskaźnika – informuje Justyna Maletka z biura rzecznika MZ.

Kłopot polega na tym, że dyrektor może podjąć decyzję o swojej szkole. A jeżeli nie będzie miał twardych wytycznych z rządu, to może np. pod presją rodziców nie zamykać szkoły. Co wtedy? Dlatego naukowcy modelujący epidemię są zwolennikami podejmowania takich decyzji na szczeblu samorządu i zamykania szkół w całych powiatach. Matematycy przygotowują narzędzie, które może pozwolić sprawdzić, ile chorych jest w powiecie. Jeżeli ich liczba przekraczałaby 50 osób na 100 tys. mieszkańców (to wskaźnik, który został przyjęty w Niemczech), to mogłoby stać się podstawą do podjęcia decyzji o zamknięciu szkoły w danym powiecie. Nawet jeżeli to nie w placówce edukacyjnej pojawiłoby się ognisko, tylko w innym punkcie – rozwiązaniem mogłoby być właśnie wysłanie uczniów na naukę z domu. – Inne formy lockdownu nie są brane pod uwagę – mówi jeden z naszych rozmówców. Przejście na zdalną edukację miałoby być traktowane jako ochrona przed rozprzestrzenianiem się wirusa w danym regionie. Jego zdaniem istotne jest przygotowanie odpowiednich regulacji. – Jeśli lokalnie szkoły zostaną zamknięte, to pytanie, na jak długo. Tak samo przy jakich warunkach wprowadzić taki lokalny lockdown, na jak długo i jakie powinny być kryteria wyjścia z ponownego zamknięcia szkół – podkreśla Jakub Zieliński z Centrum Modelowania.

Gdyby obecnie zastosować wspomniany wskaźnik 50 na 100 tys. mieszkańców – to uwzględniając liczbę wykrytych przypadków, dziś prawdopodobnie kilka powiatów zostałoby "zamrożonych”. Ale algorytm, który stosują pracownicy ICM, zakłada, że liczba realnych przypadków jest o wiele wyższa – tylko część nie została zdiagnozowana. Gdyby zastosować ich wyliczenia, zamknięcie groziłoby już kilkunastu powiatom. Także w rządzie są zwolennicy oparcia się na niemieckich wzorcach i zamykania szkół, gdy zachorowalność przekracza 50 osób na 100 tys. mieszkańców. – W takim przypadku powinna zapaść decyzja, choć także na podstawie analizy jakościowej i lokalnych uwarunkowań. Jeśli przekroczenie wynika z izolowanych ognisk, np. DPS, to może nie ma takiej konieczności – zauważa nasz rozmówca z rządu. Jest też zwolennikiem przekazania decyzji o regionalnych lockdownach władzom lokalnym lub podejmowania ich w uzgodnieniu z nimi.

Kłopotem może być kwestia zasiłków – kiedy wszystkie szkoły zostały centralnie zamknięte, rodzice, którzy zostali w domu, mogli je pobierać. Nie wiadomo, czy decyzja dyrektora o zamknięciu pojedynczej placówki dawałaby prawo do korzystania z takiej pomocy. To ma znaczenie, bo bez jasnych zasad i twardych zaleceń opór społeczny może być spory. – I to też będziemy musieli uwzględnić w swoim modelu – co się stanie, jeżeli tylko część szkół będzie zamykana przy takim stanie epidemicznym – tłumaczy Jakub Zieliński z ICM. Ich zespół współpracuje w tej kwestii z psychologiem społecznym.

Eksperci ostrzegają, że zbliża się druga fala wirusa, a ponadto jesienią zbiegnie się z grypą. – Wirus będzie przenoszony skuteczniej – obecnie osoby bezobjawowe rzadko zarażają. Ale jak taka osoba będzie przeziębiona, może kichając i kaszląc przy okazji przeniesie wirusa – mówi dr Rakowski, który koordynuje prace nad tym modelem.