Dziennik Gazeta Prawana logo

Właściciel przedszkola bierze 50 tys. zł. Tak dyrektorzy obchodzą przepisy, które miały ograniczyć ich pensje

24 stycznia 2018, 07:05
Ten tekst przeczytasz w 4 minuty
Dziecko bawi się klockami
Dziecko bawi się klockami/Shutterstock
Zawyżanie czynszu za wynajem lokalu, zatrudnianie krewnych, prowadzenie przez żonę fikcyjnej firmy sprzątającej – tak dyrektorzy obchodzą przepisy, które miały ograniczyć ich pensje

Minister edukacji Anna Zalewska, przygotowując ustawę z 27 października 2017 r. o finansowaniu zadań oświatowych (Dz.U. poz. 2203), powtarzała, że cel zmian jest jeden: mniej pieniędzy z dotacji w kieszeni właścicieli placówek oświatowych, a więcej na dzieci. W myśl nowych przepisów od 1 stycznia 2018 r. dyrektorzy publicznych szkół i przedszkoli oraz prywatnych przedszkoli, które przystąpiły do powszechnej gminnej rekrutacji, mogą zarabiać maksymalnie 12,7 tys. zł brutto (wcześniej zdarzało się, że z pieniędzy z dotacji wypłacali sobie po 50 tys. zł pensji). W przypadku niepublicznych placówek, które pobierają dodatkowo czesne, to jeszcze mniej – 7,6 tys. zł (choć nic nie stoi na przeszkodzie, aby wynagrodzenia były wyższe, o ile są finansowane z opłat od rodziców).

Kogo obejmuje limit

Najmocniej znowelizowana ustawa uderzyła w właścicieli prywatnych przedszkoli, którzy przystępując do powszechnej rekrutacji, zgodzili się otrzymywać 100 proc. gminnych dotacji i zrezygnowali z pobierania czesnego (mogą przyjmować tylko opłaty za wyżywienie plus po złotówce od dziecka za każdą godzinę jego pobytu w placówce powyżej pięciu godzin bezpłatnej podstawy programowej). Jeszcze przed uchwaleniem przepisów próbowali oni szantażować resort edukacji, twierdząc, że nie będzie im się opłacało prowadzenie placówek za 9 tys. zł na rękę. Grozili ich zamykaniem. Ministerstwo się jednak nie ugięło.

Dziś w przedszkolach nikt już nie mówi o zwijaniu interesu. Bo ich szefowie znaleźli sposoby na ominięcie nowych regulacji. – – mówi Maciej Godlewski, właściciel jednego z prywatnych przedszkoli w podwarszawskiej Lesznowoli, członek zarządu Stowarzyszenia Przedszkoli Niepublicznych.

Wicedyrektor krezusem

– przyznaje Robert Kamionowski, radca prawny i ekspert ds. oświaty.

Jeden z przedsiębiorców zatrudnił swoją żonę na stanowisku wicedyrektora z wyższą pensją, niż przewiduje ustawowy limit. –– tłumaczy Kamionowski. Choć przyznaje, że jeśli gmina zakwestionuje takie podejście, a sąd administracyjny posłuży się wykładnią celowościową, to placówka może mieć problem z utrzymaniem dotacji.

A spory na tym tle są niemal pewne, bo MEN stoi na stanowisku, że ustawowe ograniczenie dotyczy wszystkich pracowników zatrudnionych w szkole czy przedszkolu. – – uważa prawnik.

Żona sprząta, matka bierze czynsz

Ale nawet jeżeli MEN nakaże stosowanie ograniczeń wobec wszystkich zatrudnionych, to właściciele placówek znajdą inne sposoby na obejście przepisów. A w zasadzie już znaleźli.

Przykład pierwszy: małżonka dyrektora zakłada firmę sprzątającą i świadczy usługi na rzecz przedszkola. Ich koszt pokrywany jest z samorządowej dotacji. I żadne limity tu nie obowiązują. Sprzątanie może kosztować nawet 50 tys. zł miesięcznie.

Przykład drugi: dyrektor zatrudnia członka swojej rodziny na stanowisku kucharza lub nauczyciela z wysokim wynagrodzeniem. W tym ostatnim przypadku wpisuje mu do umowy dodatkowy zakres obowiązków (np. czynności administracyjne), unikając w ten sposób ewentualnych zarzutów o dyskryminowanie płacowe pozostałych nauczycieli.

Przykład trzeci: właściciel wynajmuje nieruchomość pod przedszkole lub szkołę od członków najbliższej rodziny, np. rodziców. Płaci wysoki czynsz pokrywany z dotacji bez obaw, że nadwyżkę trzeba będzie zwrócić gminie lub przeznaczać ją na zakup pomocy dydaktycznych.

Co na to MEN? – – mówi nam dyrektor jednego z departamentów w resorcie. Przyznaje, że znane mu są np. przypadki celowego zawyżania czynszów. I deklaruje, że wkrótce pojawią się ograniczenia w wysokości opłat za wynajem nieruchomości.

Na razie samorządom, które nie chcą przymykać oka na nieprawidłowości, pozostaje tylko jedna droga – sądy administracyjne. Jest ona jednak czasochłonna i niepewna. Postępowania najczęściej są umarzane, choć zdarzają się wyroki korzystne dla lokalnych władz. – – opowiada prof. Antoni Jeżowski z Instytutu Badań w Oświacie, były nauczyciel, dyrektor szkoły i samorządowiec.

Jego zdaniem MEN nigdy nie uda się wymyślić przepisów, które w 100 proc. zablokowałyby nieuczciwe działania. Paradoksalnie jednak to może się w końcu obrócić przeciwko samym prywatnym podmiotom. – – przestrzega profesor.

Ministerstwo widzi nieprawidłowości i zapowiada wprowadzenie kolejnych ograniczeń.

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło Dziennik Gazeta Prawna
Zapisz się na newsletter
Najważniejsze wydarzenia polityczne i społeczne, istotne wiadomości kulturalne, najlepsza rozrywka, pomocne porady i najświeższa prognoza pogody. To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik.pl. Trzymamy rękę na pulsie Polski i świata. Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj