W Łodzi jedynie 37 proc. szkół zadeklarowało, że przeprowadzi egzaminy. Są jednak miejsca, gdzie znaleziono jakieś rozwiązania: w jednej ze szkół 120 uczniów będzie zdawać w sali gimnastycznej zamiast w kilku osobnych salach. W innej podstawówce sytuację ratuje trzech księży, którzy pracują w szkole i są członkami zespołu pedagogicznego. "Bez względu na to, czy strajk będzie nadal trwał czy nie, egzaminy odbędą się zgodnie z harmonogramem" - taką wiadomość otrzymali rodzice jednej z ursynowskich podstawówek w stolicy. Rafał Trzaskowski, prezydent Warszawy, zapewnił wczoraj na Twitterze, że egzaminy gimnazjalne, mimo strajku nauczycieli, odbędą się. Warszawa zapewni odpowiednią liczbę nauczycieli – napisał. Podobne deklaracje złożyły władze innych samorządów.

MEN również zapewnia, że nie powinno być problemu. Anna Ostrowska, rzeczniczka resortu, twierdzi, że kilka tysięcy osób z kwalifikacjami pedagogicznymi zadeklarowało udział w zespołach egzaminacyjnych i nadzorujących. Do kuratorów oświaty wciąż napływają kolejne zgłoszenia od osób, które pozytywnie zareagowały na apel ministerstwa – dodaje. I wylicza, że jest ich ponad 600 w woj. mazowieckim, po 500 w województwach śląskim i dolnośląskim, ponad 400 w podlaskim, małopolskim, wielkopolskim oraz 350 w kujawsko-pomorskim.

Rozmowy ostatniej szansy skończyły się wczoraj fiaskiem. Beata Szydło, wicepremier i koordynator rozmów ze strony rządu, powiedziała, że nie udało się jej przekonać związkowców, aby podpisali porozumienie, które wcześniej zawarła z rządem oświatowa Solidarność. Związek Nauczycielstwa Polskiego i Forum Związków Zawodowych nie zamierzają zawieszać strajku. Uważają, że skoro rząd nie przedstawił żadnej nowej propozycji, nie ma też przesłanek do zaprzestania protestu na czas egzaminów. Sławomir Wittkowicz, przewodniczący branży nauki i oświaty Forum Związków Zawodowych, przekonywał, że spotkanie ze stroną rządową było tylko stratą czasu, bo nic nowego nie zostało im zaproponowane.

Obecnie strajkuje 74 proc. szkół, ok. 15 tys. z 20 tys. placówek. Wielu nauczycieli po tym, jak Solidarność poszła na ugodę z rządem i podpisała porozumienie, zaczęło wypisywać się ze związku. Część regionów nie zgodziła się z tym porozumieniem i wbrew centrali przyłączyła się do strajku. Jest coraz więcej głosów domagających się rezygnacji Ryszarda Proksy ze stanowiska przewodniczącego Krajowej Sekcji Oświaty i Wychowania NSZZ "Solidarność". Jego odwołania domaga się Wojciech Książek, szef regionu pomorskiego, który wylicza, że tylko w niedzielę w Gdyni z członkostwa zrezygnowało 150 z 800 członków.

Szacujemy, że przez porozumienie podpisane przez Proksę z naszego związku odeszło ok. 8 tys. z 80 tys. osób - mówi nam Andrzej Antolak, członek Rady Sekcji Oświaty i Wychowania NSZZ "Solidarność" Regionu Środkowo-Wschodniego. Przez to, co zrobił, powinien sam honorowo zrezygnować z tego stanowiska. Inaczej będziemy chcieli w trybie pilnym go odwołać – dodaje.

W obronę biorą go inni działacze oświatowi. Z Ryśkiem jest ten problem, że jak główne kierownictwo każe mu podpisać porozumienie, to on to robi i nie dyskutuje. Kierownictwo nigdy nie walczyło za wszelką cenę o oświatę. Bardziej skupia się na żądaniach pozostałej części budżetówki. Musiał tu być jakiś deal z rządem, że doszło do bezrefleksyjnego podpisania tego porozumienia – mówi jeden z działaczy. Sam Ryszard Proksa tłumaczył, że nie było powodu strajkować, skoro większość żądań jego związku została spełniona przez stronę rządową.

W ZNP i FZZ nastroje są bojowe i przybywa protestujących - przekonywał wczoraj Sławomir Broniarz. Postraszył też, że "doły" namawiają go na strajk okupacyjny szkół i przedszkoli. W tyle głowy mają jednak świadomość, że z każdym dniem strajk może słabnąć. Tym bardziej że w pierwszym dniu podawano, że ok. 80 proc. placówek przystąpiło do protestu, a wczoraj niewiele ponad 74 proc. Wszyscy jednak się nie wykruszą - przekonuje jeden z członków FZZ.

Zdaniem ekspertów determinacja z czasem może gasnąć. Rząd może wziąć nauczycieli głodem - a to dlatego, że za każdy dzień strajku otrzymują niższe wynagrodzenie. Każdy dzień protestu to strata od 70 do 130 zł. Tydzień może oznaczać pensję mniejszą o jedną czwartą. Przy niskich dochodach to spory kłopot, tym bardziej że efekty protestów nie są przesądzone. Na przykład w przedszkolu nr 269 w Warszawie od dziś strajk został zawieszony. Nieoficjalnie powodem jest ukłon w stronę pracujących rodziców, którzy odpowiedzieli na apel i nie posyłali przez dwa dni dzieci do placówki.

Egzaminy gimnazjalne, które rozpoczynają się dziś, będą pierwszym testem siły protestu. Kolejnym będą przyszłotygodniowe egzaminy dla uczniów klas ósmych. Te będą trudniejsze do zorganizowania w razie kontynuacji strajku, bo z emerytów i ochotników nie będzie tak łatwo skompletować komisji nadzorujących egzaminy – ma być ich znacznie więcej niż w przypadku egzaminów gimnazjalnych.