83 proc. pytanych rodziców uważa, że pomoc dzieciom w nauce jest ich obowiązkiem. Tylko 28 proc. opiekunów utrzymuje, że za wykształcenie odpowiadać powinna wyłącznie placówka edukacyjna – to wyniki najnowszego badania „Wsparcie rodziców w nauce matematyki” przeprowadzonego przez Kantar Millward Brown na zlecenie mFundacji.
Co czwarty rodzic (z tych, którzy pomagają) ślęczy nad lekcjami z dziećmi codziennie. W sumie spędzają razem średnio na odrabianiu lekcji i dalszej nauce ponad 1,5 godziny dziennie, z czego najwięcej, bo prawie 40 minut, poświęcają matematyce. Im starsze dzieci, tym bardziej się ten czas wydłuża. Kłopot polega na tym, że opiekunowie nie zawsze dają sobie radę z pomocą: pomimo że badanie było prowadzone w grupie rodziców dzieci od 5 do 12 roku życia – jedna czwarta przyznawała, że ma trudności z tym, żeby udzielić wsparcia.
Główny powód jest prosty: nie pamiętamy już matematyki, a część rodziców wprawdzie ma wiedzę, ale nie umie jej przekazać. W grupie starszych dzieci – które są już w czwartej klasie – częstym rozwiązaniem są korepetycje. Z takiej pomocy korzysta – jak wynika z deklaracji rodziców – niemal co piąte dziecko. Jednak nawet wśród młodszych na pierwszym etapie edukacji płatną pomoc specjalistów otrzymuje ponad 10 proc. dzieci.
Reklama
Podejście rodziców do nauki matematyki jest tradycyjne. Jak przekonują autorzy raportu, brakuje im wiedzy i wyobraźni, jak można niestandardowo podejść do nauczania. W większości nie czują też takiej potrzeby i kopiują schematy znane im z okresu własnej edukacji.
Stosunkowo największą kreatywnością wykazują się rodzice dzieci najmłodszych (5–6 lat). Do nauki wykorzystują gry i zabawki edukacyjne czy wspólne zabawy mające ułatwić naukę matematyki – narzędzia te stosuje prawie dwa razy liczniejsza grupa rodziców niż w pozostałych kategoriach wiekowych. Jednak gdy tylko dziecko trafia do szkoły, wśród rodziców dominują tradycyjne metody nauki: tłumaczenie zasad matematyki (85 proc. w grupie 10–12), sprawdzanie odrobionych lekcji (80 proc.), wspólne rozwiązywanie zadań z książki (77 proc.) i przepytywanie dziecka (np. z tabliczki mnożenia).
Temat prac domowych od dawna wywołuje wiele kontrowersji. W jednej ze szkół na warszawskim Ursynowie chwalono się wprowadzeniem systemu bez prac domowych. W praktyce plan nie wypalił – takiej organizacji pracy sprzeciwili się rodzice.
– Nawet w pierwszej klasie. Na pierwszym zebraniu byłam jedyną, która podniosła rękę za tym, żeby nie zadawać sześciolatkom prac do domu. Reszta rodziców chciała tradycyjnego odrabiania lekcji – mówi jedna z matek.
Rodzice uważali, że w innym przypadku dzieci, nawet te w najmłodszych klasach, nie przyswoją skutecznie materiału.
Kilka miesięcy temu rzecznik praw dziecka Marek Michalak, wystosował list do minister edukacji narodowej Anny Zalewskiej, ws. zlecania dzieciom prac domowych przez nauczycieli. Jego zdaniem zbyt wiele zadań zadawanych dzieciom narusza ich prawo do wypoczynku i zabawy oraz „stanowi ingerencję szkoły w życie prywatne rodzin, bo pośrednio wpływa na ich rozkład dnia” – pisał rzecznik. Jak przekonywał, do jego biura spływają skargi dzieci i... rodziców – skarżących się na to, że lekcji zadawanych do domu jest za dużo i uczniowie są przemęczeni.
Nauczyciele przekonują jednak, że w obecnym systemie nie da się – szczególnie w starszych klasach – zrezygnować z lekcji w domu.
– Bez powtarzania, m.in. zadań z fizyki, matematyki czy języków obcych, nie da się trwale przyswoić materiału – mówi jeden z nauczycieli.
Z badań OECD wynikało, że polscy uczniowie spędzają na odrabianiu prac domowych około siedmiu godzin tygodniowo. W Finlandii – wskazywanej jako wzór dobrej edukacji – o ponad połowę mniej.