Dziennik Gazeta Prawana logo

"Nie rozumiem, po co fundujemy sobie ten koszmar na nowo". Podsłuchane w pokoju nauczycielskim

14 stycznia 2017, 09:15
Ten tekst przeczytasz w 19 minut
Dzieci wracają ze szkoły
Dzieci wracają ze szkoły/Shutterstock
Chaos, niepewność, brak informacji. Ale polska szkoła nie upadnie, dzieci nie zostaną skrzywdzone, a jeśli ktoś straci na reformie, to nauczyciele. I dlatego jej nie chcą.

Pokój nauczycielski wrze, pokój plotkuje, wymienia się myślami, strachami i nadziejami. W ponad 28 tys. szkół 670 tys. nauczycieli przez wszystkie przypadki i stany emocjonalne odmienia frazę "reforma oświaty". Dla jednych to dobra, oczekiwana zmiana, dla innych porażka, by nie rzec katastrofa. Dla reszty kolejna niedogodność, którą jakoś trzeba przeżyć. Nie ma na ten temat żadnych wiarygodnych badań, więc nie będę siliła się na udowodnienie, że któraś z tych postaw jest dominująca.

Rozmawiałam z szesnastoma przedstawicielami tego zawodu, do publikacji wybrałam rozmowy, które wydały mi się (w miarę) reprezentatywne i charakterystyczne dla tego środowiska. Ale nie będę się upierać, że taka jest prawda objawiona, ważona polska średnia. Przyjmijmy, że jest to głos w dyskusji, obrazek z jednego z setek tysięcy pomieszczeń, w którym zamykają się na przerwach belfrzy, żeby napić się kawy, odsapnąć i wymienić myśli.

- ostrzega Katarzyna. 36 lat, magister wychowania fizycznego, licencjat ze specjalności przyroda, uczy w podstawówce, w dużym mieście położonym w centralnej Polsce. Wf-u i przyrody właśnie. To o tyle istotne, że w wielu szkołach - także i jej - ów symboliczny pokój nauczycielski jest martwym bytem.

- zaznacza. Katarzyna do reformy ma stosunek ambiwalentny. Cieszy się, że znikną gimnazja. Denerwuje ją bałagan, jaki towarzyszy zmianom. Jest wściekła, bo będzie musiała do tego interesu dopłacić. Dosłownie - w polskich złotych.

Podobne zdanie na temat pokoju nauczycielskiego ma Adam, 38-letni anglista (w zawodzie pracuje od 18 lat, już uczył dzieci, a jeszcze kończył studia). - opowiada. Jedno nieostrożne słowo, a można skończyć na dywaniku u dyrektora, który dawno przestał być ostoją i grupą wsparcia dla grona. Teraz patrzy tylko, żeby jakoś się ułożyć z organem założycielskim, nie podpaść i zachować posadę. - diagnozuje Adam. On akurat jest zwolennikiem oświatowej rewolucji, choć nieco zdystansowanym.

Krzysztof, 47 lat, od 16 lat w zawodzie, historyk i bibliotekarz (wcześniej próbował sił w prywatnej inicjatywie) jest cynikiem. - wzrusza ramionami. On jest generalnie za. Choć także uważa, że zmiany można było przeprowadzić łagodniej, bardziej rozłożyć je w czasie. - uważa. I dodaje, że w tej całej awanturze dobro dziecka jest może na 64. miejscu, bo różne grupy interesów grają o swoje - a każda o coś innego.

Monika, 45 lat, jest o tyle szczególna w tym gronie, że nie jest zwyczajnym nauczycielem, ale psychologiem i pedagogiem. Pracuje jako nauczyciel pomocniczy w klasie integracyjnej rejonowego gimnazjum w jednej z najgorszych dzielnic miasta na zachodzie kraju. Dla niej reforma oznacza, że nie jest pewna swojego zatrudnienia, bo kontrakt ma podpisany jeszcze na dwa lata, więc zastanawia się, czy zostanie w szkole, czy może raczej pójdzie na swoje. Takie myśli ma już od dawna, więc zmiany w systemie edukacji mogą jej tylko dać kopa do działania, nie stanowią katastrofy. Żal jej koleżanek i kolegów, którzy się boją – ale oni boją się każdej zmiany.

Joanna jest polonistką, średniej wielkości miasto na Śląsku, w zawodzie od ponad 30 lat (kobiety z takim stażem nie pyta się o wiek). Ma lepsze zdanie na temat nauczycieli niż jej koledzy. Uważa, że reforma jest niepotrzebna, ale nie należy jej demonizować. Przeżyła ich już kilka i uważa, że nic wielkiego się nie stanie i teraz. - dowodzi. W ich placówce dziecko i rodzic są, od wielu lat, na pierwszym miejscu i nawet reforma tego nie zmieni. - śmieje się.

Adam, od 20 lat w szkole, historyk i wuefista, działacz ZNP, znawca powiatowo-gminnej oświaty (sam uczy w takich szkołach w samym środku kraju), jest na nie. Zdecydowanie.

Informacji brak

Katarzyna nie ukrywa, że to, co ją - i wielu jej kolegów po fachu –-najbardziej irytuje, to fakt, iż ciężar reformy został przerzucony na barki nauczycieli. Bo to oni właśnie dostaną po kościach. Organizacyjnie, psychicznie oraz finansowo. Ona sama czuje się zawieszona i zagrożona, jak wielu tych pedagogów, którzy uczyli w podstawówkach. Bo jeśli teraz ona uczy wychowania fizycznego i przyrody w podstawówce, ma nawet nadgodziny, to w nowej rzeczywistości oświatowej może nie wyrobić zwyczajnego pensum, choć klas przybędzie.

– tłumaczy Katarzyna. Jak mówi, nie ma nic przeciwko doszkalaniu się, podnoszeniu kwalifikacji, wręcz to lubi. Planuje specjalizować się w geografii. Ale przeraża ją wysiłek finansowy, który będzie temu towarzyszył.

Za studia trzeba zapłacić. Powiedzmy, że będzie to kwota rzędu 500 zł miesięcznie. Wprawdzie można starać się o dofinansowanie od gminy, ale jego wysokość jest niezdefiniowana. To może być tylko kilka procent, w zależności od tego, na ile samorząd będzie stać. Bo jeśli o dotacje będzie się ubiegać wielu nauczycieli, może być kiepsko. - pyta retorycznie i wznosi oczy ku niebu. OK, jej mąż nieźle zarabia, więc dadzą wspólnie radę.

Ale nie każdemu będzie tak łatwo. Adam (anglista), pamięta, jak poszedł do swojego samorządu ubiegać się o dofinansowanie do jednego z kursów, który kosztował go 1,6 tys. zł. Dostał zgodę na 160 zł, a kiedy spytał, czy to pierwsza rata, pani z gminy popatrzyła na niego takim wzrokiem, jakby właśnie obdarł ją ze skóry. - mruczy. Adam i Katarzyna podpisaliby się obiema rękami pod tą reformą - hasztag precz z gimnazjami - gdyby nie finansowe i organizacyjne utrudnienia.

Jeśli Katarzyna i inni nauczyciele przyrody będą musieli się douczyć, żeby móc uczyć, szkoły staną przed problemem braku fachowców od poszczególnych przedmiotów przyrodniczych. Bo nie wiadomo jeszcze, czy zanim tamci dostaną potrzebny papierek, będzie jakiś okres przejściowy, czy od razu szlaban.

- Monika jest poirytowana. Bo nie wie, czego ma się spodziewać. Nikt jej ani koleżeństwu niczego nie mówi, dyrekcja nabrała wody w usta. Może także nie wie, może nie chce się dzielić wiedzą. To, co im oznajmiono, to tyle, że w szkole, która kiedyś była podstawówką, a potem za grube pieniądze przebudowano ją tak, żeby wydzielić szkołę powszechną i gimnazjum (przedzielono je ścianą, aby starsze dzieci nie znęcały się nad młodszymi – taki szedł główny przekaz przy okazji reformy Handkego w 1999 r.) znów zostaną wybite ściany. Nieco demolki architektonicznej, destrukcji tego, co budowano, murowano i malowano przez ostatnie lata.

W przypadku szkół Katarzyny i Adama (anglisty) sprawa wygląda jeszcze inaczej. Nie trzeba przebijać zamurowanych przed laty drzwi, gdyż ich szkoły stanowią dziś kompleks - przy podstawówce stoi budynek gimnazjum. Podobnie jest w przypadku Krzysztofa. I Adama (historyka). Ale ich przypadki są tylko prawie podobne, a jak wiadomo z reklamy napoju dozwolonego od 18 lat, prawie robi różnicę. Katarzyna: Moja podstawówka stoi obok dzisiejszego gimnazjum. Jest za mała, żeby pomieścić VII i VIII klasy. Pewnie będzie tak, że dzieciaki z tych oddziałów będą się uczyły w budynku obok, czyli teraźniejszego gimnazjum. To najprostsze rozwiązanie, ale całą ideę szlag trafia. Bo przejmą je nauczyciele, którzy teraz uczą gimnazjalistów, więc nic się nie zmieni - nasze dzieci i tak pójdą do gimnazjum, którego niby nie będzie. Joanna: U mnie będzie tak samo. Dzieci się cieszyły, że zostaną razem, bo to nieprawda, że każde tylko marzy, aby iść do gimnazjum. I teraz są rozczarowane.

Takich zespołów szkolnych jest wiele, w większości w miastach. Jeszcze ciekawiej - i gorzej - sytuacja wygląda na wsiach. Adam (historyk) pracuje w gimnazjum od początku jego istnienia, sam je tworzył, więc jest zaangażowany emocjonalnie - czego nie ukrywa. - opowiada. Te gimnazja to często nowoczesne budynki, budowane i wyposażane od zera, mnóstwo pieniędzy na to poszło.

Ale przez lata były oczkiem w głowie samorządów i rodziców - więc są pracownie, tablice multimedialne, bajery. A podstawówki to niewielkie, kiepsko wyposażone szkółki. - pyta wzburzony. Bo samorządy na pewno nie wyłożą kasy, aby je doposażyć. Prędzej się można spodziewać, że zamkną mniejsze jednostki i będą dowozić dzieci z gminy. Albo zrobią w tych małych filie, gdzie będą np. klasy I-IV, a starsze dzieci będą jeździć do byłych gimnazjów. - kwituje.

Adam (anglista):- śmieje się.

Monika:

Ciało King Konga, umysł kanarka

I tutaj zaczyna się spór: kto zyska, kto straci, kto się powinien bać najbardziej. Joanna:

Katarzyna:

Adam (historyk):

Krzysztof:

Adam (historyk):

Kiedy pojawia się słowo "polityka", temperatura rośnie. Nauczyciele, tak samo jak wszyscy inni, mają swoje poglądy, bardzo mocne i sprecyzowane. Krzysztof przyznaje, że właśnie światopogląd jest filtrem, przez który patrzy się na świat. I widzi inne kolory rzeczywistości niż koledzy.

Adam (anglista):

Adam (historyk):

Adam (anglista):

Monika:

Krzysztof:

Adam (historyk) jest przygotowany i na ten argument. I ma kolejne statystyki, które przytacza. Pod koniec lat 90. do liceów szło 21 proc. absolwentów klas VIII, w 2015 r. ogólniaki wybierała prawie połowa absolwentów gimnazjów. - mówi.

Z tym, że jest to problem, zgadzają się wszyscy. Że szkolnictwo zawodowe należy reanimować i podnieść - także. Co nie zmienia faktu, że w kwestii być albo nie być gimnazjów każdy zostaje przy swoim. Co ciekawe, stosunkowo niewiele mają wszyscy do powiedzenia na temat podstawy programowej. - mówi Monika. Potem ściągali, żeby poprawiać, bo strasznie były dziurawe. – przyznaje Adam (anglista).

Krzysztof:

Joanna:

Adam (anglista):

Adam (historyk):

Zmiana na cokolwiek

Z tym, że czeka nas kilka lat chaosu, zgadzają się wszyscy. Będzie. Joanna:

Krzysztof:

Adam (historyk):

Krzysztof:

Joanna:

Adam (historyk):

I tutaj zabrzmiał dzwonek.

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło Dziennik Gazeta Prawna
Zapisz się na newsletter
Najważniejsze wydarzenia polityczne i społeczne, istotne wiadomości kulturalne, najlepsza rozrywka, pomocne porady i najświeższa prognoza pogody. To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik.pl. Trzymamy rękę na pulsie Polski i świata. Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj