Dziennik Gazeta Prawana logo

Rodzice kupują zadania. Realizacja podstawy programowej to fikcja

1 kwietnia 2020, 07:34
Ten tekst przeczytasz w 7 minut
Nastolatka przy komputerze
<p>Nastolatka przy komputerze</p>/Shutterstock
Rodzice kupują zadania w internecie lub zlecają ich wykonanie na zewnątrz. Częściej niż kiedyś zamawiają korepetytorów. Wszystko po to, aby ich dzieci otrzymały dobre oceny, które będą podstawą do wystawienia końcowej noty na świadectwie.

Nauczyciele od tygodnia mają obowiązek realizacji podstaw programowych, które są określone dla każdego typu szkół i przedszkoli. Materiał jest bardzo obszerny i wynika bezpośrednio z rozporządzeń MEN. Jego realizacją zajęli się rodzice i sami uczniowie, choć osoba, która może realizować podstawę programową, powinna mieć wyższe wykształcenie i odpowiednie przygotowanie pedagogiczne. W praktyce nowy materiał nie jest rzetelnie realizowany, bo nauczyciele wysyłają do swoich podopiecznych tematy do przerobienia z podręczników i ćwiczenia oraz proponują im obejrzenie filmików na YouTubie. To, czy uczeń faktycznie przyswoił materiał, chcą sprawdzać za pomocą zadań domowych, prezentacji i ćwiczeń. Nie biorą jednak pod uwagę, że te wszystkie potwierdzenia mogą być jedną wielką fikcją.

Pomaga cała wioska

– mówi rodzic ucznia z podstawówki.

W innej szkole nauczycielka przyrody zdecydowała, że będzie sprawdzać wiedzę uczniów za pomocą przygotowanych przez nich prezentacji multimedialnych.

– mówi ojciec uczennicy z klasy IV.

Opiekunowie tłumaczą, że robią tak, bo często nie są w stanie wyjaśnić dziecku, jak prawidłowo powinno być rozwiązane zadanie. Nauczyciele są mało pomocni, bo albo są dostępni do godz. 16, albo nie chcą korzystać z wideokonferencji.

Sławomir Wittkowicz, przewodniczący branży nauki, oświaty i kultury w Forum Związków Zawodowych, przyznaje, że docierają do niego sygnały, że rodzice zlecają wykonanie zadań dzieci korepetytorom lub studentom.

– dodaje.

Nauczyciele zdają sobie sprawę z tej niedoskonałości obecnego systemu i wymagają od uczniów i rodziców dowodów na samodzielność wykonanej pracy.

– mówi Sławomir Wittkowicz.

Parcie na sukces

Związkowcy podkreślają, że winę za taką sytuację ponoszą przede wszystkim osoby nadzorujące placówki oświatowe i kierujące nimi. Resort edukacji zmusza dyrektorów szkół, aby realizowali kolejne treści nauczania. Ci z kolei wymuszają na nauczycielach, aby się do tych wytycznych zastosowali. Kuratoria oświaty, które już nieformalnie zapowiadają kontrole realizacji przez nauczycieli podstaw programowych, jeszcze nakręcają tę spiralę strachu.

– mówi Izabela Leśniewska, dyrektor Szkoły Podstawowej nr 23 w Radomiu.

Dwa rozporządzenia ministra edukacji narodowej z 20 marca 2020 r. w sprawie szczególnych rozwiązań w okresie czasowego ograniczenia funkcjonowania jednostek systemu oświaty oraz zmieniające rozporządzenie w sprawie czasowego ograniczenia funkcjonowania jednostek systemu oświaty w związku z zapobieganiem, przeciwdziałaniem i zwalczaniem COVID-19 (Dz.U. poz. 492 i 493) wprowadzają od 25 marca obowiązek realizowania zadań edukacyjnych z wykorzystaniem metod i technik kształcenia na odległość. Nie ma jednak choćby ogólnych przepisów, w jakim zakresie te podstawy programowe powinny być realizowane.

W efekcie wszystko pozostaje w rękach dyrektorów placówek oświatowych. A ci mają różne pomysły. Część z nich np. ogranicza tzw. siatkę godzin lekcyjnych. Uczniowie mają wtedy tylko dwie lub trzy lekcje dziennie, a nie jak przed pandemią pięć. W jednej ze szkół podstawowych w klasach 1–3 preferowane jest nauczanie blokowe, tj. zajęcia i aktywność skoncentrowana przez cały tydzień wokół jednego zagadnienia. W wielu w klasach ósmych nauczyciele skupieni są głównie na przedmiotach egzaminacyjnych, a pozostałe mają być realizowane po egzaminie. Wiele szkół wciąż jednak nie zmienia swoich dotychczasowych planów lekcji i nauczyciele praktycznie każdego przedmiotu zasypują uczniów obszernymi materiałami do opanowania.

Trzeba zwolnić

– mówi Krzysztof Baszczyński, wiceprezes Związku Nauczycielstwa Polskiego.

Andrzej Antolak, członek Rady Sekcji Oświaty i Wychowania NSZZ „Solidarność” Regionu Środkowo-Wschodniego, również przyznaje, że dokonywanie teraz zmian w podstawie programowej jest trudnym przedsięwzięciem i należy się skupić raczej na powtarzaniu materiału, a oceny wystawiać na koniec roku na podstawie tych semestralnych.

– zaznacza Antolak.

– przekonuje Sławomir Wittkowicz.

Związkowcy przyznają, że wciąż jest szansa, że mimo przerwy nauczyciele zdążą wszystko z uczniami nadrobić, jeśli wrócą do szkoły po świętach.

– Na zrealizowanie podstawy programowej w ciągu roku wystarczy 30 do 32 tygodni, a pozostałe pięć można przeznaczyć na nadrabianie materiału – mówi Andrzej Antolak.

OPINIA

Każda szkoła uczy teraz, jak chce

Robert Kamionowski radca prawny, partner w Kancelarii Peter Nielsen &amp; Partners Law Office

Pojawiają się ogromne zastrzeżenia dotyczące realizacji toku nauczania. W przypadku zdalnej nauki odchodzi się bowiem od w miarę jednolitych w całym kraju metod. Praktyczne realizowanie podstawy programowej stanie się zatem kwestią przypadku albo wypadkowej inwencji poszczególnych dyrektorów i nauczycieli, technicznych możliwości przekazu i kontaktu oraz dyscypliny wszystkich stron. Czysta wolnoamerykanka. No i najważniejsze, realizacja programu edukacyjnego. Proces przechodzenia na nauczanie zdalne oraz przygotowanie do kształcenia w wybranych formach i metodach jest długi i żmudny. Należy się do niego przygotowywać latami, zbierać doświadczenia, opracowywać narzędzia i programy. A teraz, jednym ruchem zadekretowano coś, czego jeszcze nigdy w Polsce nie ćwiczono w takiej skali i przede wszystkim w takich szkołach. Jak więc bez jakiegokolwiek wcześniejszego przygotowania zapewnić możliwość przekazywania uczniom nowej wiedzy? Nie wiadomo.

I jeszcze jedna sprawa. MEN tworzy Zintegrowaną Platformę Edukacyjną (ZPE) obejmującą m.in. istniejącą platformę Epodreczniki.pl. ZPE ma zastąpić na pewien czas System Informacji Oświatowej, i to w stopniu nieznanym rozwiązaniom SIO. Mają się tam bowiem znaleźć dane wszystkich uczniów, łącznie z ich adresami e-mailowymi, oraz bardzo szczegółowe dane nauczyciela. Wprawdzie mają być one przechowywane tylko do 31 grudnia 2020 r., ale kto zagwarantuje, że zostaną one na zawsze usunięte? Przecież ani w internecie, ani tym bardziej na rządowych serwerach nic nie ginie. Pojawia się wobec tego istotne, konstytucyjne wręcz pytanie, czemu ma służyć taki wcześniej niespotykany stopień inwigilacji. Tego MEN nie wyjaśnia. Nie określa też, kto z tej platformy będzie korzystał i w jakich celach. Bo przecież wyjaśnienie, że ma ona „umożliwiać wsparcie realizacji zadań przez te jednostki z wykorzystaniem metod i technik kształcenia na odległość”, nie jest chyba rzeczywistym uzasadnieniem. 

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło Dziennik Gazeta Prawna
Zapisz się na newsletter
Najważniejsze wydarzenia polityczne i społeczne, istotne wiadomości kulturalne, najlepsza rozrywka, pomocne porady i najświeższa prognoza pogody. To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik.pl. Trzymamy rękę na pulsie Polski i świata. Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj