Pomysł PiS zakłada dobrowolne zwiększenie pensum nauczycieli z 18 do 22 godzin tygodniowo w zamian za wyższe wynagrodzenie podstawowe. "Taki zabieg oznacza wzrost obowiązkowych zajęć dydaktycznych, wychowawczych i opiekuńczych o ponad 22 procent. Nie jest to techniczna korekta ani zwykła zmiana organizacyjna. To głęboka ingerencja w warunki pracy nauczycieli, organizację pracy szkół oraz jakość kształcenia"- napisali związkowcy.
Cztery dodatkowe godziny "przy tablicy"
Jak zauważa "Solidarność" cztery dodatkowe godziny "przy tablicy" oznaczają jednocześnie zwiększenie innej pracy wykonywanej przez nauczyciela. Chodzi o m.in.: przygotowania do lekcji, sprawdzanie prac, prowadzenie dokumentacji, kontakt z rodzicami. "A ostatnie aktualne badania czasu pracy wskazują, że średni czas pracy nauczycieli zbliża się do 47 godzin tygodniowo"- wskazują związkowcy.
Zauważają, że jeżeli warunkiem wyższego wynagrodzenia ma być większe pensum, nauczyciel otrzymuje wybór: weź na siebie więcej albo pozostań przy dotychczasowej pensji. "Trudno mówić o rzeczywistej swobodzie, gdy o decyzji przesądza konieczność opłacenia rachunków" - podkreślają związkowcy.
Konsekwencje wyższego pensum
"Solidarność" wskazuje, że jeżeli za zmianą nie pójdą dodatkowe pieniądze na edukację, jej koszt poniosą pracownicy szkół. Wyliczają konsekwencje większego pensum: mniej godzin ponadwymiarowych, ograniczenie zatrudnienia i pogorszenie sytuacji osób pracujących na części etatu, uczniowie dostaną mniejszą ilością czasu od przeciążonego nauczyciela. Nie poprzemy żadnego rozwiązania, które uzależnia wzrost wynagrodzeń nauczycieli od zwiększenia pensum. Bez względu na to, kto je proponuje" - podkreślają związkowcy.
Agnieszka Maj, dziennikarka, redaktorka i wydawczyni. W Dziennik.pl od 2023 roku. Wcześniej pracowała w Interii i Polska Press. Absolwentka polonistyki na Uniwersytecie Jagiellońskim.
