Z danych opublikowanych jesienią ubiegłego roku przez OECD wynika, że Republika Federalna to dziś dla polskich studentów ulubiony kierunek zagranicznych wojaży. Uczy się tam co roku ponad jedna trzecia (10,8 tys. w 2008 roku) spośród 30 tys. Polaków studiujących na zagranicznych uczelniach. Nieprzypadkowo. Nie ma w Europie drugiego kraju o równie szerokiej (355 uczelni w 165 miastach) ofercie edukacyjnej co Niemcy.

Na dodatek studia są tu relatywnie tanie. Federalny Urząd Statystyczny wyliczył, że pełne pięcioletnie studia magisterskie to w sumie wydatek ok. 40 tys. euro, wliczając w to zakwaterowanie, wyżywienie i życie studenckie. Ten koszt jest wprawdzie wyższy w siedmiu (spośród szesnastu) landach, gdzie wprowadzono czesne w wysokości od 200 do 500 euro za semestr. Równoważą go jednak niedrogie akademiki (150 – 200 euro miesięcznie) i to, że od 1 maja 2011 roku przestaną obowiązywać ograniczenia na podejmowanie przez Polaków pracy za Odrą.

Niemcy nie ukrywają, że ich egalitarny system wyższej edukacji ma też swoje wady. W tym taką: za Odrą jest wprawdzie kilkadziesiąt uczelni na solidnym europejskim poziomie, ale ze świecą ich szukać na listach najlepszych uniwersytetów świata. Na przykład w pierwszej setce tegorocznego QS World University Ranking jest tylko pięć niemieckich uczelni. A w zestawieniu przygotowywanym co roku przez brytyjskiego „Timesa” zaledwie trzy.

Paradoksalnie to ułatwia wybór. Bo studenci, wybierając uczelnię, mogą być pewni, że poziom każdej z nich będzie porównywalny do pozostałych. Mogą więc kierować się miejscem, w którym chcą zamieszkać – czy to będzie mały klimatyczny Heidelberg albo Getynga czy wielkomiejski Berlin, z którego trzy razy dziennie odchodzi pociąg do Warszawy. Inaczej niż w Polsce, nie ma też zagrożenia, że siedząc przez dwa lata w prowincjonalnym Marburgu, odcinamy się od dobrze płatnej pracy w nowych technologiach w Monachium czy we frankfurckim sektorze bankowym. Przeskoczyć można szybko i sprawnie. Robi to większość wykształconych Niemców, którzy mają w CV dwa lub trzy miejsca alma mater. Na dodatek prognozy gospodarcze pokazują, że Niemcy będą w najbliższych latach dobrym miejscem do szukania pracy dla absolwentów. Największa gospodarka Europy wyszła z recesji w dobrej formie, a z powodu starzenia się społeczeństwa zapotrzebowanie na nowych pracowników (zwłaszcza informatyków, inżynierów czy lekarzy) będzie rosło.

By dostać się na większość niemieckich uniwersytetów, wystarczy polska matura, a szeroka oferta sprawia, że o miejsce jest łatwiej niż w Polsce. Wielu studentów polskich uczelni jeździ też do Niemiec na wymianę w ramach unijnego programu Erasmus lub korzysta z oferty jednego z polsko-niemieckich programów stypendialnych (zajmują się tym takie organizacje jak DAAD, GFPS czy Copernicus) i przedłuża swój pobyt.

– Zarówno polska, jak i niemiecka strona nie robi już żadnych problemów ze wzajemnym honorowaniem akademickich osiągnięć – mówi nam Joanna Klepacka, absolwentka kolegium MISH UW, która trzy lata swoich studiów spędziła w Bonn i we Freiburgu.

Na Wyspach drogo i elitarnie

Jeśli ktoś mierzy wyżej niż niemiecka solidna przeciętna i chciałby spróbować swoich sił na najlepszych uczelniach świata, ma taką możliwość w Wielkiej Brytanii. Ma ona w pierwszej dziesiątce tegorocznego rankingu QS aż czterech przedstawicieli. Takie legendy jak Cambridge czy Oksford dominują od lat we wszystkich dziedzinach akademickiego nauczania. Razem z London School of Economics czy Imperial College należą do uniwersytetów, po których najłatwiej znaleźć dobrze płatną pracę właściwie w każdym zakątku świata.

Aby zostać rozchwytywanym absolwentem, trzeba najpierw się zarejestrować na stronie internetowej organizacji Universities & Colleges Admissions Service (UCAS). Nie znaczy to jeszcze, że kandydat dostanie miejsce na wymarzonej uczelni.


– Decyzję o przyjęciu aplikacji podejmujemy, patrząc na oceny z dotychczasowej nauki, znajomość angielskiego poświadczoną certyfikatem TOEFL oraz osobiste motywacje opisane przez kandydata w osobnym liście – mówi Lucy Green z działu rekrutacji London School of Economics. Po przejściu tego sita można zastanawiać się, jak sfinansować studia na prestiżowej brytyjskiej uczelni. Tanio nie jest. Przez krótki czas po wejściu Polski do UE można było uczyć się na Wyspach za tysiąc funtów rocznie. Od tamtej pory jednak stawki poszły w górę. Dziś rok na LSE dla wszystkich obywateli UE kosztuje 3290 euro i najpewniej od 2012 roku z powodu budżetowych oszczędności jeszcze podrożeje.

Każdy studiujący może ubiegać się o pożyczkę od rządu brytyjskiego. Po studiach trzeba ją jednak w całości spłacić, jeśli twoje zarobki przekroczą 15 tys. funtów rocznie. Sporym obciążeniem są na Wyspach również koszty życia. Zwłaszcza w Londynie. – Na życie warto zarezerwować sobie ok. 1000 funtów miesięcznie. Miejsce w akademikach gwarantujemy tylko studentom pierwszego roku – mówi nam Lucy Green z LSE. Mimo tych kosztów Wielka Brytania to druga po Niemczech ulubiona zagraniczna destynacja polskich studentów. W 2008 roku na Wyspach było ich prawie 9 tys.

Francuska alternatywa

Listę najpopularniejszych miejsc uzupełnia Francja. Według OECD studiuje tam 3 tys. Polaków. We Francji istnieje około 90 uniwersytetów, na które Polak może dostać się równie łatwo jak na niemieckie. Wystarczy matura. Kandydaci muszą kontaktować się bezpośrednio z uczelniami. Studia teoretycznie są bezpłatne, trzeba jednak opłacić coroczne wpisowe. Wynosi ono ok. 200 – 300 euro. – Polscy studenci mogą być jednak zaskoczeni niższym niż w Polsce poziomem nauczania. Zwłaszcza na studiach licencjackich – mówi Damien Thiret, francuski wykładowca UJ. To dlatego że najzdolniejsi trafiają we Francji do tzw. Grandes Ecoles, czyli szkół wyższych przygotowujących elity biznesowo-urzędnicze Republiki. – Drzwi Grand Ecoles nie są dla Polaków zamknięte. Studia są tylko trochę droższe, kosztują ok. 500 euro rocznie. Podstawową barierą jest to, że elitarne szkoły same wybierają najlepszych na podstawie świadectw maturalnych, a potem przesiewają ich przez sito trudnych egzaminów – dodaje Maria Koralewska z Campus France, francuskiej agencji rządowej promującej studia we Francji (mieści się w Instytucie Francuskim w Warszawie). Trzeba pamiętać, że miejsca w uczelnianych akademikach (140 – 400 euro za miesiąc) zajmują głównie stypendyści rządu francuskiego i uczestnicy programów wymiany studentów. Natomiast miesięczny koszt kawalerki w Paryżu to ok. 600 – 800 euro.

Uczmy się języków niszowych

Oczywiście Niemcy, Wielka Brytania i Francja to tylko część dobrych uniwersyteckich adresów w Europie. Sam unijny program Erasmus umożliwia wyjazdy do innych miast Europy: portugalskiego Porto czy słowackiej Bańskiej Bystrzycy Uczelnie prywatne dają często możliwość studiowania przez rok w Chinach czy Japonii w ramach własnego czesnego, ale przy założeniu, że student opłaci sobie mieszkanie i wyżywienie.\


Semestr lub dwa w którymś z mniejszych europejskich krajów traktowany jest najczęściej jako przygoda. W Finlandii czy na Węgrzech bez znajomości lokalnego języka niewiele się jednak skorzysta. Chyba że wykorzystamy pobyt, by się go nauczyć. Warto. Z raportów płacowych przygotowanych przez firmę badawczą Sedlak & Sedlak wynika, że specjaliści biegle władający niszowymi językami mają szansę zarobić nawet o 30 – 50 proc. więcej niż ci, którzy znają tylko polski i angielski.

Amerykańskie uczelnie nie są tanie. Ale na Harvardzie 70 proc. studentów otrzymuje pomoc finansową

Jeff Neal

Uniwersytet Harvarda

Amerykański Harvard od lat wygrywa większość rankingów uniwersyteckich na świecie. Co powinien zrobić Polak, który chce u was studiować?

Proces rekrutacyjny dla obcokrajowców i Amerykanów jest taki sam. Jest opisany na naszych stronach internetowych. Mamy co roku określoną pulę miejsc, na które przyjmujemy najbardziej obiecujących młodych ludzi z całego świata niezależnie od tego, w jakim kraju czy systemie edukacyjnym się wcześniej uczyli. Podejmując decyzję o przyjęciu, bierzemy pod uwagę: dotychczasowy dorobek naukowy, zaangażowanie społeczne kandydata, znajomość angielskiego. Zwykle prosimy też któregoś z naszych byłych studentów, który mieszka np. w Polsce, by przeprowadził rozmowę z kandydatem, co pozwala nam się zorientować, jakim jest człowiekiem. O naszej otwartości na zagranicznych studentów mogą świadczyć liczby. W obecnym roku akademickim mamy 4,3 tys. studentów spoza USA, w tym 25 Polaków.

Barierą są pieniądze. Najlepsze amerykańskie uczelnie nie są tanie.

Ponad 70 proc. naszych studentów otrzymuje pomoc finansową. W 2007 r. wprowadziliśmy program wyrównywania szans, który znacząco zredukował czesne dla osób pochodzących ze średnio zamożnych rodzin. Rodziny o rocznym dochodzie między 120 a 180 tys. dolarów (380 – 580 tys. zł – red.) są zazwyczaj proszone o uiszczanie opłaty w wysokości ok. 10 proc. ich dochodu. Dla słabiej zarabiających czesne stopniowo spada. W niektórych przypadkach nawet do zera. Można również ubiegać się o stypendia.