Na głowę Pan upadł. Kto to słyszał zrównywać ucznia z chłopem pańszczyźnianym?

Reklama

(śmiech). Może to trochę uproszczenie, jednak dokładnie tak to wygląda, tyle że czasy się zmieniły. Chłop inaczej chodzi ubrany. Pan i nadzorca też innymi metodami się posługują, ale sam mechanizm pozostał ten sam.

Czyżby?!

W obu przypadkach nadal są pan-dyrektor, i podległy mu nadzorca-nauczyciel. Jest i uczeń, który z kolei podlega im wszystkim, tak jak kiedyś chłop na folwarku. I tak jak w folwarku, zbyt dużo zależy od humoru pana lub nadzorcy. Nie liczą się wspólnie wypracowane standardy, procedury, zasady, tylko samopoczucie tego, kto jest wyżej, kto ma władzę. Bo kiedy nauczyciel był zły, to robił klasówkę, a jak był dobry, to można go było wybłagać. Nie powiedzieć, że się nie zgadzamy z Pana decyzją, bo na to nie ma miejsca, bo inaczej się umawialiśmy, bo takie uzgodniliśmy zasady. Ale wy-bła-gać. Relacja folwarczna to relacja władzy jednych nad drugimi.

Tyle, że wielu zdaje się odpowiadać tego typu struktura.

Tak, bo można się w niej dobrze urządzić. Unikać odpowiedzialności. Czasem też "podjąć pana pod kolana", jak to pisał prof. Hryniewicz, czyli np. próbować go udobruchać.

Skoro już o prof. Hryniewiczu mowa, to ten wylicza siedem typowych cech "polskiego folwarku”. Oprócz nieograniczonej władzy szefa i wymuszonego lub wykalkulowanego posłuszeństwa, także np. dystans między szefem o podwładnym.

Wiele nauczycielek i nauczycieli zmienia mimikę twarzy, kiedy tylko wychodzi do uczniów. Zakłada maski bojąc się, że młodzi zobaczą, kim naprawdę są. Może się boją, może sami mają niskie poczucie własnej wartości. A teraz jest jeszcze gorzej, bo doszły do tego np. dzienniki elektroniczne, które często są jedyną możliwością kontaktu rodziców z nauczycielem, czy uczniów z nauczycielem. Komunikacja sprowadzona do formy urzędniczej. Smutne.

Prof. Hryniewicz mówi też o deficycie poczucia odpowiedzialności.

Właściwie w szkole widać tylko pozory odpowiedzialności. Bo przecież kiedy np. samorząd uczniowski, który w końcu wiele może i chce coś robić, to ograniczany jest do wydawania gazetki, którą i tak przeczyta wcześniej pani od polskiego albo np. zorganizowania dyskoteki, ale już nie dłużej niż do godz. 21.30. Nie ma realnego wpływu na rzeczy naprawdę istotne. Na to, czego się uczniowie uczą, w jaki sposób się uczą… To sytuacja, w której nauczyciel jest bogiem, a uczniowie to zbyt często niewierzący. Wszędzie są dorośli, kontrolują niemal każdy obszar aktywności młodych.

Poza tym szkoła jest pełna dyrektyw, instrukcji, regulaminów - to kolejna cecha polskiego folwarku. Do tego stopnia, że uczniowie oczekują bardzo często gotowych rozwiązań; we wszystkim. Co i jak mają robić. Kiedy. Bardzo symptomatyczna była sytuacja, kiedy młodym ludziom w wieku 14 lat podawałem zakres tematyczny sprawdzianu, a w odpowiedzi słyszałem często: "Dobrze panie profesorze, ale to od której do której strony w podręczniku mamy się nauczyć".

Jakich jeszcze cech nabywa w szkole uczeń-chłop?

Zapotrzebowanie na instrukcje, ciągłe, to jedno. Ale do tego dochodzi też bierność. Oczekiwanie opieki, także być może potem w życiu dorosłym. Oraz podwójna etyka.

W czym się przejawia ta ostatnia?

Widać to w sposobie traktowania nauczycieli, których styl pracy nam się nie podoba. Obgadujemy go za plecami, ale nigdy nie zdobędziemy się na to, by usiąść z nim przy herbacie i o tym porozmawiać. Choćby o tym, że nas źle traktuje. Dlaczego? Bo się boimy albo np. wykalkulowaliśmy sobie, że powinniśmy mieć szóstkę, ale przecież kiedy belfer się obrazi, to może się zemścić i to przekreśli nasze plany. Wiec lepiej odpuścić, uśmiechnąć się, wybłagać tę szóstkę i mieć spokój. Zresztą to dotyczy też rodziców. Pamiętam sytuację, kiedy przejąłem klasę wychowawczą po roku i okazało się, że rodzice mieli swoją grupę dyskusyjną w sieci i bali się mnie do niej dodać. Mógłbym wtedy zobaczyć, że mają różne zdania, albo np. że nie wszystkie moje pomysły się podobają. Coś co było dla mnie cenne, dla rodziców stało się zagrożeniem; obawiali się, że będę się mścić na ich dzieciach. Takie mieli doświadczenia.

Reklama

I dlatego wielu nadal nie wyobraża sobie, że w szkole mogłoby być inaczej…

Ale przecież taka struktura jest przydatna i skuteczna jedynie przy prostej powtarzalnej produkcji. Nie zadziała, jeśli chcemy stworzyć coś innowacyjnego, coś co wymaga kreatywności. Oczywiście możemy się zapytać, to czemu w takim razie służą szkoły?

Spora cześć z nich zmieniła się w coraz lepiej zorganizowane kursy przygotowawcze do testów.

I w tej konwencji folwark doskonale się sprawdzi. Zresztą większość rankingowych szkół tak właśnie dzisiaj wygląda. I oczywiście można tak funkcjonować, a za swoje życiowe motto wziąć fragment limeryka z książki Głowackiego. Może zacytuję: Nie krytykuj, nie podskakuj, siedź na dupie i przytakuj, Lecz nie przejmuj się swa rolą, bo i tak ci przypierdolą I nie przejmuj się swą pracą, bo i tak ci mało płacą Za pięć czwarta kończ robotę, sraj na szefa, kładź kapotę Tak dożyjesz starczej renty nawet w dupę niekopnięty.

Ale przecież nie o to chodzi! Bo efekt tego jest taki, że młodzi ludzie wchodzą w dorosłość z dużą obawą przed podejmowaniem jakichkolwiek decyzji dotyczących swojego życia. Ba, w ogóle braniem za siebie odpowiedzialności. To jest dziś duży kłopot.

Teraz jeszcze dodatkowo wszystko komplikuje pandemia. Jak ona wpłynęła na szkołę?

Tylko uwydatniła to, co było przed pandemią. Nauczyciele, którzy nie mieli relacji z uczniami, dalej ich nie mają. I nadal mówią głosem polskiej oświaty: "Nie da się". Ci z kolei, którzy mieli dobre relacje, starają się być w kontakcie z młodzieżą, pytać jak się mają, wspólnie przejść ten trudny czas. Bywa nawet, że potrafią spotkać się na godzinę wychowawczą o północy. Bo umówmy się, nauczyciel w pandemii może towarzyszyć młodym tak, jak tylko sobie o tym zamarzył. Nie musi się bać, bo kuratoriom nic nie robi, nikt nikogo nie kontroluje.

A co z uczniami?

Ci tracą najwięcej, bo nie mają możliwości socjalizacji. Nie ma wycieczek, wyjazdów, spotkań… Poza tym trudno budować wspólnotę, która o siebie zadba, jeśli koleżanki i kolegów dopiero co się poznało, a potem przyszedł koronawirus i pozostał tylko kontakt przez sieć.

Jakie to może mieć dalsze konsekwencje?

Podstawowe to kłopoty z emocjami. Z uwagi na trudności w rozpoznawaniu emocji i radzeniu sobie z nimi, często już teraz dochodzi do nadmiarowej interpretacji tego, co się dzieje wokół mnie. A temu towarzyszy niska odporność na dyskomfort codzienności. Ktoś mi coś powiedział, albo koleżanka napisała na FB lub messengerze coś, co wzięłam do siebie, chociaż wcale nie miała być może zamiaru zrobić mi przykrości. To wszystko powoduje, że młodzież żyje w ciągłym napięciu, bo wszystko odbywa się na scenie, w grupach messengerowych, Instagramie itp. Przecież to już nie są prywatne smsy, maile, tylko przestrzeń z widzami. Na tej scenie rozgrywają się dziś wszystkie dramaty, kłótnie, "gównoburze" internetowe. By przetrwać, młodzi muszą być czujni no strop!

Niedawno rozmawiałem z moim uczniem, który mówi, że już przestał ogarniać ilość grup na FB."Tu mam kumpli na imprezy, tu mam klasę, tu angielski poza szkołą, tu zajęcia sportowe..... To gdzie ja w ogóle mogę to napisać, żeby nie było problemów", mówił. Nawet nie możemy nic doradzić tym młodym ludziom, bo oni przecierają szlaki w tym sposobie komunikowania się.

Ale przecież młodzi próbują się tez organizować "po partyzancku"?!

I co z tego?! Nie ma podwórek, rodziny są mniej liczne, nie ma rodzeństwa. Często mieszkamy daleko od szkoły, trzeba dojeżdżać albo dzieci są dowożone przez rodziców i to szkoła nadal pozostaje tym miejscem – jedynym w zasadzie – gdzie możemy się nauczyć, jak kontrolować emocje, budować prawdziwe więzi, a co za tym idzie poczucie własnej wartości. Ale tu potrzeba wsparcia dorosłych, którzy zauważą, że coś się dzieje i nie zamiotą tego pod dywan. A tego teraz nie ma.

Dlatego spodziewam się jeszcze większej izolacji i pogłębiających się problemów psychicznych. Łącznie z depresjami. Tym bardziej, że lawinowo zwiększa się też liczba tych, którzy sięgają po psychotropy, mają kłopoty z tożsamością, nie wierzą w siebie… Dość powiedzieć, że są szkoły w Warszawie, gdzie niemalże co drugi maturzysta ma terapeutę. Coś zgubiliśmy po drodze, bo to nie jest normalne.

A co do nauki zdalnej, to są uczniowie, którzy mówią, że jest super, bo wreszcie mogą się uczyć tego, co chcą i nikt im specjalnie nie przeszkadza. Poza tym po raz pierwszy mieli szansę naprawdę pobyć ze swoimi rodzicami, porozmawiać. Ale są też osoby, które nie potrafią się zmobilizować, ułożyć sobie nauki, potrzebują przewodnictwa dorosłego, instrukcji, nakazów… I one mają poczucie straconego czasu, nie do nadrobienia. "Bo te lekcje niby są, ale tak bez sensu", "bo ten plan jakby żywcem przeniesiony z realu", mówią, a to nie do końca działa, zwłaszcza z dziećmi młodszymi.

To dlatego "dzieci pierdoły" to teraz coraz częstsze określenie na uczniów?

Ale to jest zarzut do kogo?! Do młodzieży czy dorosłych?! Skąd oni się wzięli, z kosmosu przylecieli?! Są pierdołami z jakiegoś powodu, stali się tymi pierdołami. Co z tego, że nie potrafią parówki ugotować czy jajka, ale cuda się dzieją, jak damy im spokój. Niech sobie znajdą w necie, jak to się robi, i to zrobią, naprawdę. Jak się zostawi przestrzeń, w której mogą być gospodarzami, to szybko potrafią robić rzeczy, o które byśmy ich nie posądzili. Moi 13-letni uczniowie organizowali np. dwutygodniową wycieczkę; sami. W pięciu lokalizacjach, tak też zagranicą. Tylko dziwili się, czy to kierowcy autobusów, czy pracownicy hoteli, że przychodzi młody człowiek i wszystkim zarządza; tak, też płaci. Bo to był akurat jego kawałek odpowiedzialności, pilnować budżetu tak, żebyśmy w połowie wyjazdu nie musieli zjadać kory z drzew. Byli zaangażowani, uczyli się, popełniali błędy, ale byli szczęśliwi, bo mogli koniec dnia krzyknąć: udało się! I wszystkich mogliśmy nazwać przed wyjazdem księżniczkami i księciami, dziećmi które są obsługiwane przez dorosłych, a tu nagle się okazało, że tyle potrafią.

To jednak wyjątki. Większość w pandemii nie stanie się większymi dziećmi pierdołami?

Trudno powiedzieć, choć można zarzucać młodym, że nie potrafią zrobić rzeczy, które ich wspaniali cudowni dorośli w ich wieku już robili sami, w tym gotowali sobie obiad, załatwiali różne sprawy wokół siebie, chodzili do szkoły, odrabiali lekcje, uczyli się sami nieprzymuszani. Bo jak wiadomo pokolenie starsze jest cudowne i bez wad, a te młode to jedynie beznadziejne. Tyle, że to pokolenie, które nie używało telefonu i nie korzystało z sieci oraz śpiewało piosenki przy ognisku, być może nawet patrząc sobie głęboko w oczy, pokazuje nam codziennie, jak wspaniale potrafi się dogadywać, jakie jest wrażliwe, czułe dla siebie, jakim szacunkiem darzy tych, co mają inne zdanie…. (śmiech). Jakoś mi nie imponuje. Mam za to do czynienia z młodzieżą, która jest lepsza niż się dorosłym wydaje. Wrażliwi, zaangażowani w to, co robią, oddani… Wierze w młodych!

A ktoś ma w ogóle pomysł, jak im teraz pomóc?

Nie widzę takiego pomysłu. Pandemia to jedno, ale żyjemy stale w chaosie reorganizacji szkół. Wiadomo było, że potrwa to kilka lat, aż okrzepnie. Ale teraz ma miejsce kolejna zmiana systemowa, która jest jednak tylko zmianą organizacyjną, a nie przynosi żadnego impulsu rozwojowego. Nie przekłada się na poprawę jakości nauczania. To raz, dwa: to my się musimy zmienić, nie system. To my musimy zaczynać lekcje od zapytania naszych podopiecznych: z czym dziś przychodzicie, jak się dziś czujecie. To my musimy, kiedy jest pandemia, utrzymać kontakt i np. raz w miesiącu zadzwonić do każdej uczennicy, każdego ucznia.

A teoria frajdy – jak można by było ją realizować w szkole?

Czasem wystarczy spuścić powietrze. Bo to, czego brakuje w szkole, to poczucie humoru. Zamiast czytania sążnistych przemówień na początku roku czy w święto niepodległości, trzeba zejść do tych młodych i powiedzieć im, co nas boli, czego chcemy, co lubimy, czego się boimy. I może zamiast tworzyć kolejny regulamin, trochę się wspólnie pośmiać.

To jest rozmowa, ale nie zabawa, o której mówi teoria frajdy.

Zgoda, bo ta zakłada, że ludzie będą zmieniać swoje zachowania tylko wtedy, jeśli będą się przy tym dobrze bawić. Że tego rodzaju interwencje mogą skuteczniej zmienić złe nawyki niż interwencje siłowe; jak nadzór, kontrola, regulamin. I nie, nie chodzi o to by zmienić szkołę w plac zabaw. Już dziś niekiedy liczba różnego rodzaju imprez, specjalnych dni w szkołach nieco przeraża. Do tego, jeśli obchodzony jest dzień liczby pi, to zamiast się dowiedzieć czym jest i jakie zastosowanie ma stała Archimedesa, będziemy mogli się przebrać za pi, ulepić pi i ułożyć piosenkę o pi.

A teraz wyobraźmy sobie ruchliwe, niebezpieczne skrzyżowanie w dużym mieście w Hiszpanii. Dochodzi tam do wielu wypadków, ludzie notorycznie przechodzą na czerwonym świetle, stwarzają mnóstwo niebezpiecznych sytuacji. Aby temu zapobiec lokalne władze przy przejściu dla pieszych stawiają interaktywną budkę – ruchy osoby, która w niej tańczyła jest w czasie rzeczywistym odwzorowywane przez czerwonego ludzika na sygnalizatorze. Przechodnie zaczęli patrzeć, uśmiechać się, a liczba wypadków spadła. Była zabawa i zamierzony efekt, to jest teoria frajdy.

A jak przenieść to na grunt szkolny?

Jeśli plagą jest śmiecenie na korytarzach, to postawmy na interaktywny kosz. Niech go zrobią uczniowie, wyposażą w fotokomórkę, kosztuje grosze, po czym podepną do niej pendrive ze śmiesznymi wypowiedziami nauczycieli, fragmentami śpiewanych przez siebie piosenek. Zasada jest prosta: jak ktoś wrzuci śmieć, to kosz będzie losowo odtwarzał jedno z tych nagrań. Już mamy zabawę, a porządek w szkole będzie większy.

Na lekcjach też by dało radę to zastosować?

Tak jak wspomniałem, w szkole mamy nadpowagę. Zróbmy coś innego, coś co odmieni choć na chwilę szkolną rutynę, lekcje w nocy, wspólne śniadanie przed pierwszym dzwonkiem, trzy minuty rabanu, jeśli czuć napięcie, prace klasowe w parach (wtedy ściągnie zamieniamy we współpracę), noc filmową, zostańmy pogadać z uczniami na przerwie, spróbujmy rozumieć i używać cudownej i życzliwej ironii, miejmy dystans do siebie, zacznijmy lekcję od opowiedzenia jakiejś historii, budujmy rytuały, szukajmy metod, które są zgodne z naszym temperamentem, bo inaczej mogą mieć skutek odwrotny. I nie unikajmy okazji, aby się z siebie pośmiać…

Pytanie tylko, czy na to wszystko nie jest już za późno?

Nigdy nie jest za późno, a na edukację zawsze się narzekało. A mimo to wciąż niewielu wyobraża sobie życie bez szkoły.

Jarek Szulski - wychowawca, pedagog, obecnie w Values - Grupie Firm Doradczych, gdzie od 2010 roku kieruje zespołem projektowym studium podyplomowego Akademia Psychologii Przywództwa, realizowanego w Szkole Biznesu Politechniki Warszawskiej. Były nauczyciel warszawskiego gimnazjum i liceum Reytana (wcześniej liceum Batorego, którego jest absolwentem). Twórca programu treningu interpersonalnego i społecznego dla nastolatków "Earth Yourself". Autor powieści o szkole "Sor" i "Zdarza się", razem z Jackiem Santorskim współautor poradnika "Siła spokoju, którego nie ma". W styczniu 2021 roku ukazała się jego najnowsza książka - poradnik dla nauczycieli i rodziców "Nauczyciel z Polski".

"Nauczyciel z Polski", okładka / Materiały prasowe