Jak wynika z wyliczeń DGP, za trzy lata do egzaminu dojrzałości przystąpi 268 tys. uczniów. W tym czasie uczelnie publiczne mają dysponować dokładnie taką samą liczbą wolnych miejsc na pierwszym roku studiów dziennych. Czyli studentem będzie mógł zostać każdy, kto tylko o tym zamarzy.

To, co zapewne ucieszy obecnych licealistów, martwi ekspertów. Ich zdaniem uczelnie nie będą musiały tak zacięcie rywalizować o studentów jak dotychczas. To zaś przełoży się na niższy poziom nauczania. Profesor Marcin Król uważa, że taki proces widać już dziś. W jego Instytucie Stosowanych Nauk Społecznych na UW 10 lat temu o jedno miejsce konkurowało 13 osób, podczas gdy obecnie tylko półtorej. A już w przyszłym roku stosunek ten może wynosić 1:1. – Ale dla UW konsekwencje niżu demograficznego nie będą tak poważne, jak dla innych, mniejszych uczelni. One mogą mieć problemy – ocenia prof. Król. Dlatego jego zdaniem władze szkolnictwa wyższego muszą przemyśleć koncepcję elitaryzmu edukacyjnego. – Paradoksalnie najlepsze uniwersytety świata są bardzo małe. Amerykański Yale ma około 18 tys. studentów, czyli jedną trzecią tego, co UW – zauważa.

Ministerstwo Nauki zapewnia, że dostrzega problem. Już w 2011 r. ograniczyło możliwość zwiększania liczby miejsc na studiach stacjonarnych - maksymalnie może ich przybywać w tempie 2 proc. rocznie. Chodzi o to, aby nie walczyły ślepo o nowych studentów, lecz przygotowywały się na trudniejsze czasy.

CZYTAJ TAKŻE: Rekrutacja na studia. Tegoroczni maturzyści mają mniejsze szanse?>>>

CZYTAJ WIĘCEJ: 1995 - najgłupszy rocznik od lat? A może rocznik stracony

Już dziś konsekwencją spadku liczby słuchaczy na uczelniach publicznych jest spadek przychodów z opłat dydaktycznych. Najbardziej odczuwają to uczelnie ekonomiczne i pedagogiczne, dla których wpływy ze studiów niestacjonarnych i podyplomowych stanowiły bardzo ważne źródło przychodu. Uczelnie techniczne, uniwersytety i szkoły rolnicze mają z tym mniejszy problem – rekompensują sobie spadki przychodów od studentów wyższymi przychodami z działalności badawczej.

Duża konkurencja na rynku bezpłatnych studiów publicznych będzie oznaczała także kłopoty dla uczelni niepublicznych. Zapewne ocaleją te, które w zasadzie gwarantują uzyskanie dyplomu w zamian za czesne. Ale z drugiej strony strategią przetrwania może się okazać stawianie na jakość. – Szkoły prywatne będą musiały zaoferować więcej niż publiczne. To będzie wymagało udowodnienia, że absolwenci lepiej sobie radzą na rynku, np. łatwiej znajdują pracę – tłumaczy Grzegorz Baczewski z Konfederacji Lewiatan.