Rosną wymagania pracodawców, ale uczelnie wciąż nie potrafią przysposabiać młodych ludzi do realiów rynku pracy. Blisko 400 tys. tegorocznych maturzystów czeka próba cięższa od egzaminu dojrzałości. Wybór uczelni i kierunku, który daje nadzieję na pracę, a nie na miejsce w kolejce po zasiłek.

Dla pracodawców dyplom uczelni to już za mało. Jeszcze w 2000 r. bezrobotnych z wyższym wykształceniem było 2,6 proc. spośród ogólnej liczby osób bez pracy. Dziś – 10,6 proc. Choć oficjalne statystyki mówią o 190 tys. bezrobotnych z dyplomem, to faktycznie jest ich, jak szacuje prof. Mieczysław Kabaj z Instytutu Pracy i Spraw Socjalnych, nawet 300 tys. Po części to efekt skali. W 1990 r. studiowało 400 tys. osób, dziś 1,9 mln. W sumie ponad 6 mln Polaków ma dyplom jednej z 500 uczelni w kraju. 20 lat temu było ich 112.

Ale nie wszystko da się wytłumaczyć statystyką. Prof. Kabaj zwraca uwagę na niską efektywność studiów: ich absolwentów pracodawcy muszą przysposabiać do pracy.

– Do tej pory wystarczyło ogłosić nabór i już miało się studentów – zauważa prof. Krzysztof Rybiński, rektor Wyższej Szkoły Ekonomiczno-Informatycznej w Warszawie. W miarę jak na studia wybierać się będą roczniki niżu demograficznego, uczelnie muszą poprawiać swoją ofertę. Tegoroczni maturzyści mogą już grymasić. Po raz pierwszy liczba absolwentów spadła poniżej 400 tys., a miejsc na uczelniach nie ubywa. Przyszli maturzyści będą żądać od uczelni gwarancji zatrudnienia. Sprawdzać, czy szkoła współpracuje z firmami, zapewnia praktyki. Szukać specjalizacji, po których realne jest zatrudnienie.

Prof. Kabaj twierdzi, że studiowanie na uczelniach, które nie uwzględniają potrzeb gospodarki, jest irracjonalne. Tymczasem w 2009 roku na 439 tys. absolwentów prawie 70 tys. to pedagodzy. W czasach, kiedy zamykane są szkoły i państwo nie wie, co robić z nadmiarem nauczycieli. Kolejne 99,8 tys. osób kształciło się na kierunkach humanistycznych, a tylko 22 tys. osób skończyło studia inżynieryjno-techniczne, choć to po nie pracodawcy ustawiają się w kolejce.