By chronić przyrodę i jej różnorodność, wbrew pozorom nie można natury zostawić samej sobie. – Jeszcze kilkanaście lat temu w Polsce było znacznie więcej małych rolników, którzy mając hektar czy dwa hektary ziemi, mocno o nie dbali. Na przykład kosili łąki po to, by mieć paszę dla krów. Teraz mamy coraz więcej rolników wielkoobszarowych dbających o swoje areały, nie ma już krów, które były nawykłe do jedzenia takich pasz, a wiele z tych najmniejszych gospodarstw po prostu zarasta i mamy do czynienia z niechcianą ekspansją roślin. Rzadkie i wartościowe dla bioróżnorodności gatunki roślin są zastępowane przez takie, które potrafią się lepiej dostosować – tłumaczy dr inż. Krzysztof Zembrowski z Przemysłowego Instytutu Maszyn Rolniczych w Poznaniu.

Doskonałym przykładem jest chociażby ekspansja trzciny, która zarasta jeziora. Ta utrata bioróżnorodności jest szczególnie groźna na chronionych obszarach wodno-błotnych, np. w Biebrzańskim Parku Narodowym. Tutaj w ramach ochrony słynnej już w Polsce wodniczki (zagrożony gatunek ptaka z rodziny wróblowatych) regularnie kosi się krzewy i łąki – bez tego ptaki nie miałyby gdzie gniazdować. Problem w tym, że zazwyczaj są to tereny podmokłe. Często takie, gdzie wjazd ciężkich maszyn jest niemożliwy. Nie od dziś wiadomo jednak, że Polak potrafi. I do koszenia co bardziej problematycznych terenów używa się np. przerobionych na kosiarki ratraków – czyli dużych pojazdów, które służą do ubijania śniegu na stokach narciarskich. Ich zaletą jest to, że poruszają się na bardzo szerokich gąsienicach. To sprawia, że nacisk na podłoże jest znacznie mniejszy niż w przypadku tradycyjnych traktorów, więc się nie zapadają, ale stalowe ostrogi gąsienic niszczą warstwę korzeniową roślin. Problem w tym, że silniki w tych koszących ratrakach są zazwyczaj już mocno zużyte, a poza tym jest to jednak sprzęt niedoskonały, który też czyni szkody w naturze – bowiem przy skręcie gąsienice zazwyczaj zrywają glebę i niszczą podłoże.

By rozwiązać ten problem, zespół inżynierów z PIMR stworzył wielomodułową maszynę do ochrony obszarów wodno-błotnych. Z zewnątrz przypomina nieco skrzyżowanie traktora z kombajnem, który porusza się na gąsienicach. – Nasza maszyna może kosić, rozdrabniać i wywozić biomasę z terenów chronionych. Te zabiegi może realizować na terenach bagiennych dzięki zastosowaniu specjalnych napędów gąsienicowych – nie kryje dumy inż. Zembrowski. Co także ważne, stosunkowo niewielki nacisk na podłoże nie degraduje powierzchni. Stosunkowo niewielkiej długości gąsienice napędzane niezależnie silnikami mogą się wychylać parami na boki, np. w skręcie w lewo przednia para wychyla się w lewym kierunku, natomiast tylna para gąsienic w przeciwnym – dzięki temu promień skrętu to około 5 m, a warstwa roślin praktycznie nieuszkodzona.

Maszyna jest wielomodułowa. Można na niej zainstalować m.in. kosiarkę do roślinności miękkiej (trawy) czy roślinności twardej (krzewy są wycinane przez wielkie obrotowe tarcze). Jest też specjalny manipulator, którym można ścinać większe drzewa (średnica do 14 m). Oczywiście w zależności od potrzeb, wielomodułową maszynę PIMR można skonfigurować w odpowiedni sposób. Jeśli dane narzędzie nie będzie akurat tego dnia potrzebne, to można je po prostu zdjąć i dodatkowo zmniejszyć masę pojazdu (w pełnej konfiguracji waży ok. 8 ton).

Ścięte trawy i krzewy od razu mogą być zbierane i służyć później jako biomasa spalana do pozyskania energii. Jeśli są one zbyt wilgotne, to można je zostawić na miejscu i później, gdy już nieco wyschną, zebrać za pomocą specjalnego podbieraka. Praktyczne jest także to, że te wielkie bele z pokosu są formowane przez specjalną prasę i pozostawiane w terenie. Potem zwozi się takie pojedyncze bele ciągnikami kołowymi, które w terenie pozostawiają głębokie koleiny. By temu zaradzić, inżynierowie z Wielkopolski opracowali innowacyjny sposób transportowania tych bel – nie trzeba do niego specjalnej przyczepy. Niewielki gąsienicowy pojazd ciągnie bele biomasy za pomocą specjalnych składanych ram, tworząc tym samym innowacyjny pociąg biomasowy.

Kolejnym atutem wynalazku z Wielkopolski jest to, że zespół pojazdów używa olejów biodegradowalnych. Oznacza to, że nawet jeśli podczas pracy dojdzie do uszkodzenia któregoś z układów wysokociśnieniowych (400 bar) służących m.in. do obsługi poszczególnych modułów i olej dostanie się go gleby, to po 21 dniach nie będzie po tym żadnego śladu. Używany w traktorach ropopochodny olej mineralny zostaje w glebie na lata.

Wreszcie nie można zapominać, że nowy zestaw pojazdów potrafi także pływać dzięki śrubom podobnego typu do używanych w jachtach. Maszyna może się poruszać np. po rzekach czy rozlewiskach, jeziorach i tam zajmować się wycinaniem trzcin.

Ten projekt został sfinansowany w ramach Programu Operacyjnego Innowacyjna Gospodarka i kosztował ponad 8 mln zł. Pierwsze egzemplarze gotowe do sprzedaży mają być najpóźniej za dwa lata – są już firmy zainteresowane komercyjnym wdrożeniem. Chętni na zakup powinni się znaleźć bez większych problemów. – Wiem, że dyrekcja jednego z dużych parków narodowych nie może się już doczekać debiutu rynkowego naszego sprzętu – mówi Krzysztof Zembrowski. Wydaje się, że kupnem tego typu mogą też być zainteresowane firmy, które na zlecenia parków dbają o tego typu tereny jak właśnie bagna. Jest też inny prozaiczny powód – dopłaty unijne. Jeśli rolnik ma np. 200-hektarowe gospodarstwo, ale połowy z tych hektarów nie jest w stanie skosić, ponieważ są one zbyt podmokłe, to uzyskując dostęp do takiej maszyny, może w łatwy sposób powiększyć areał, z którego pobiera dopłaty. A to wpłynie radykalnie na wzrost jego przychodów.

Być może maszyna stanie się także produktem eksportowym. Po analizie rynku okazało się, że konkurencji mającej tak dobry produkt nie ma. I choć wiadomo, że nie jest on zbyt wielki, to biorąc pod uwagę, że koszt jednostkowy pewnie przekroczy milion złotych, to jest się o co bić. Dzięki tej maszynie może się tak zdarzyć, że i polska nauka będzie syta, i wodniczka cała.