Prezydent został zaproszony na spotkanie w starym BUW-ie przez Samorząd Studentów UW, Niezależne Zrzeszenie Studentów, Stowarzyszenie Młoda RP oraz Zrzeszenie Studentów Polskich.

Kilkakrotnie padały pytania o sprawę sklepów z dopalaczami, które - jak mówił jeden ze studentów - pojawiają się coraz bliżej akademików i szkół.

Komorowski ocenił, że "rząd słusznie podjął ostrą, zdecydowaną akcję" przeciw dopalaczom. "Jej efektem ma być nie tylko zamknięcie sieci sklepów, ale również przestroga i sygnał dla rodziców, że należy uważać. Także samorządowcy muszą zwrócić uwagę na tego typu sprzedaż" - powiedział.

W jego opinii na razie "osiągnięto efekt doraźny w postaci wystraszenia handlarzy". "Trzeba to teraz utrwalić poprzez budowanie systemu prawnego, który by pozwolił, zgodnie z prawem, likwidować tego typu zjawiska" - podkreślił. Przypomniał, że rząd przygotował ustawę w tej sprawie, która obecnie jest w Senacie.

"Postaram się jak najszybciej podpisać tę ustawę. (...) To jest trochę wyścig z czasem, bo jak państwo obserwowali, jeden z właścicieli sklepów z dopalaczami próbuje złamać zakaz, szukając luk w prawie. (...) Chodzi więc o to, by jak najszybciej, w perspektywie miesiąca, sprawę od strony prawnej zamknąć" - tłumaczył prezydent.

Pytany o ulgi na przejazdy dla studentów, Komorowski przyznał, że czekał na to pytanie, bo zniżki dla studentów obiecał już podczas kampanii wyborczej. "Realnie będzie to 51 procent" - podkreślił. Jak dodał, zniżki wejdą w życie "razem z budżetem, od przyszłego roku".

"Co może pan uczynić w sprawie podwyżki VAT na podręczniki, książki?" - pytała studentka prawa UW.

"Mogę przekonywać rząd i szukać razem z nim pewnych rozwiązań, które przynajmniej częściowo dałyby jakiś kompromis, sprzyjały oczekiwaniom społecznym. Wzrost podatków VAT nie jest niczym miłym, ale pamiętajcie państwo, że (...) większość krajów europejskich ma VAT wyższy niż w Polsce - mniej więcej do 25 proc. My mamy VAT w wysokości 22 procent, plus 1 proc." - tłumaczył.


Jeden ze studentów politologii żalił się prezydentowi, że zlikwidowano słynny bar mleczny na Krakowskim Przedmieściu zwany "Karaluchem". "Decyzją ministra Rostowskiego cofnięto też dopłaty do barów mlecznych, studenci nie mają się gdzie żywić. (...) Przeciętny student musi też pracować, aby się utrzymać, a wynajęcie mieszkania w Warszawie kosztuje 600 zł plus rachunki. Przeciętna pensja studenta wynosi ok. 1200 zł" - opowiadał student, pokazując pusty portfel.

Komorowski, zapytany przez niego, czy podejmie "w tej sprawie jakieś kroki" ocenił, że - w jego opinii - lepiej jest dopłacać do studenta niż do baru. "Wolę dopłacać do studentów i to się chyba dzieje - nie wiem dokładnie, ile osób korzysta ze wsparcia stypendialnego, ale to jest duża ilość" - mówił.

Zwrócił uwagę, że sam będąc studentem cały czas pracował. "Z największą satysfakcją patrzę na moje dzieci, które też studiowały i pracowały" - podkreślił.

Przyznał, że sam w czasach studenckich rzadko żywił się w barach mlecznych, a znacznie częściej w warszawskiej "Harendzie". "Wtedy nie wolno było tam wypić piwa bez tzw. konsumpcji - np. serka topionego albo tatara. (...) Na jednego tatara można było kupić 4 piwa. Dobieraliśmy się w czwórki i szliśmy na 4 piwa plus tatar. Nie chodziliśmy do baru mlecznego" - opowiadał prezydent.