Kilkaset dolarów, dwie rozmowy telefoniczne, jeden e-mail i już można szczycić się wyższym wykształceniem made in USA. Podrasowane dyplomy zakupione w internecie stają się w Polsce plagą. Dlatego pracodawcy zatrudniają coraz częściej specjalistów od weryfikowania CV. Mają on jedno zadanie: odsiać oszustów.

„Nie masz dyplomu wyższej szkoły? Rozwiążemy problem. Wystarczy zadzwonić, zostawić nam swój numer telefonu i nazwisko, a oddzwonimy”.

E-maile o takiej treści (oczywiście po angielsku) regularnie przychodzą na skrzynki pocztowe tysięcy Polaków. Spam – myśli większość i wyrzuca je do kosza. Jednak, jak się okazuje, wielu decyduje się skorzystać z oferty. Firmy zajmujące się weryfikacją CV i dokumentów przedstawianych przez kandydatów do pracy potwierdzają: fałszywe dyplomy to jedno z najpowszechniejszych oszustw, jakie popełniają kandydaci chcący lepiej wypaść w oczach potencjalnego pracodawcy.

– Najpopularniejsza metoda to na drukarkę i ksero, ale wiele osób decyduje się na większą inwestycję i kupuje podróbki dyplomów polskich uczelni lub przedstawia dokumenty z szemranych zagranicznych – mówi „DGP” Bartosz Pastuszka. Kieruje firmą IBBC Group zajmującą się tzw. background screeningiem, czyli sprawdzaniem tego, co napisano w życiorysie.

Jeszcze do niedawna weryfikacja polegała na telefonie do szkoły i sprawdzeniu, czy potencjalny pracownik w ogóle do niej uczęszczał. Coraz częściej jednak trzeba ustalać też autentyczność samych uczelni, bo ich istnienia nie dowodzi ani strona w internecie, ani adres w świecie rzeczywistym. Fałszerze są bowiem tak zaradni, że oferują kupcom dyplomów usługę potwierdzania na życzenie autentyczności ich wykształcenia. Weryfikatorzy więc najpierw przeszukują listy oficjalnie akredytowanych uczelni, a potem dodatkowo sprawdzają, czy absolwent rzeczywiście ma wykształcenie, którym się chwali.

– Polskie przedsiębiorstwa, rekrutując pracowników, zwykle nie sprawdzają autentyczności ich dyplomów czy certyfikatów. W dodatku rośnie mobilność polskich studentów i pojawia się coraz więcej osób z dyplomami zagranicznych uczelni, często nieznanych pracodawcom. Oszuści mają więc pole do działania i chętnie z niego korzystają – dodaje Pastuszka.

A zatrudnienie pracownika bez wykształcenia może być dla firmy kosztowne. Trafia do nich człowiek nie tylko bez odpowiednich kompetencji, ale jeszcze dodatkowo doświadczony w oszustwie.

Fabryki dyplomów

Wystarczy jeden telefon, by wejść do świata wyższych uczelni bez zajęć, książek i egzaminów. – Zostawiłaś nam swój numer telefonu. Jesteś więc zainteresowana dyplomem, który potwierdzi twoje wyższe wykształcenie – zagaja rozmówca, który oddzwania na numer, który podałam w zgłoszeniu. Przedstawia się jako dr Harris i tłumaczy, że będzie moim opiekunem naukowym w Harlington University. – Jakie wykształcenie chce pani potwierdzić? Jakie ma pani doświadczenie zawodowe? Czy pracowała pani za granicą? – przeprowadza ze mną wywiad. Po kilku minutach słyszę: to wystarczy na co najmniej Bachelor’s Degree, czyli licencjat za 1600 dol., lub nawet na Master of Arts, czyli magistra za 2500 dol. – Proszę podać numer karty kredytowej, a w ciągu 15 dni dostarczymy zestaw dokumentów z wykazem zaliczonych zajęć i osobistym hasłem do logowania się na stronie uczelni – przekonuje dr Harris.


– Dużo sobie zażyczyli – kwituje propozycję Aleksandra Augustyniak, doradca edukacyjny z Polsko-Amerykańskiej Komisji Fulbrighta, która od dłuższego czasu obserwuje działania „uczelni” sprzedających dyplomy. – W internecie pełno jest podobnych ofert. Tyle że zazwyczaj szkoły te życzą sobie po 300 – 500 dolarów od ludzi chcących szybko i bezboleśnie zdobyć papierek. To oczywiście nie są prawdziwe uniwersytety, tylko zwykłe oszustwa. W Stanach Zjednoczonych mają już nawet swoją nazwę, mówi się nich „diploma mills”, czyli fabryki dyplomów – dodaje Augustyniak.W USA prawo federalne umożliwia naukę na odległość, co stało się przykrywką dla sprzedaży fałszywych zaświadczeń o zdobytym wyższym wykształceniu.

Produkcja i dystrybucja lipnych zaświadczeń stała się prawdziwym biznesem, wartym według ekspertów miliardy dolarów. Takie fabryki to nie tylko fałszywe uczelnie. – Także takie, które wydają dyplomy w oparciu o zaniżone standardy lub w ogóle niewymagające studiów – tłumaczy Wiktoria Poloczek z Kroll Background Screening. Jak wielki mają zasięg, pokazała głośna sprawa z 2004 roku, gdy wykryto, że doktor Laura Callahan, urzędniczka Departamentu Bezpieczeństwa Krajowego w USA, w istocie kupiła swój tytuł w internetowym Hamilton University. W 2008 roku „Washington Post” zdobył listę 9,6 tys. absolwentów Saint Regis University. Było na niej ponad 20 oficerów, a według agencji Associated Press dyplomami innego trefnego uniwersytetu legitymowali się członkowie personelu Białego Domu, Narodowej Agencji Bezpieczeństwa czy Departamentu Sprawiedliwości.

Ile z podobnych dokumentów kupili Polacy? – Możemy jedynie podejrzewać, że w Polsce wiele osób posługuje się fałszywymi dyplomami, a ich pracodawcy nie zdają sobie z tego sprawy – przyznaje Wiktoria Poloczek i pokazuje jak to wygląda w statystykach. Tylko w pierwszym kwartale roku 2010 aż 21 proc. wszystkich weryfikacji przeprowadzonych przez firmę Kroll wykazało odstępstwa od prawdy, z czego jedna czwarta dotyczyła właśnie wykształcenia.

– Kilka razy podczas weryfikacji pracowników trafialiśmy na osoby kandydujące na prezesów i członków zarządów firm, które karierę zaczynały w Polsce jeszcze w latach 90., kiedy zagraniczny dyplom robił ogromne wrażenie. Po latach zaś okazywało się, że pochodził z takich właśnie fabryk – dodaje Bartosz Pastuszka z IBBC Group. Nie chce ujawnić nic więcej, zasłaniając się lojalnością wobec klienta. – Jednak znacznie częściej mamy do czynienia z zaświadczeniami z polskich fabryk, udającymi dyplomy prawdziwych krajowych uczelni – dodaje.

W tym roku dolnośląska policja zatrzymała dwóch wrocławian, którzy nie tylko fałszowali dokumenty, ale zadbali też o swoje wykształcenie i sami wyrobili sobie dyplom ukończenia Uniwersytetu Ekonomicznego we Wrocławiu. Fałszerze byli magazynierami i właśnie w pracy trzymali pieczątki, legitymacje ubezpieczeniowe, dyplomy ukończenia studiów i dokumenty, potrzebne przy zaciąganiu kredytu. Podobnie wyglądała fabryka rozpracowana przez Morski Oddział Straży Granicznej w Gdańsku – znaleziono tam blisko 2 tysiące podrobionych dokumentów, z których lwią część stanowiły właśnie dyplomy. – Interes kwitnie, bo takie papiery są po prostu tańsze niż kupowane w amerykańskich diploma mills – uważa Pastuszka.

Wpadka dziełem losu

Wykrycie oszustwa jest zazwyczaj dziełem przypadku. Tak kilka miesięcy temu wpadła Iwona J., nauczycielka języka angielskiego z gimnazjów w województwie łódzkim. Kobieta posługiwała się fałszywym dyplomem ukończenia studiów licencjackich na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika w Toruniu. I na jego podstawie przepracowała aż dziewięć lat w szkole w Oporowie. Dopiero kiedy we wrześniu ubiegłego roku przeniosła się do gimnazjum w Strzelcach, dogłębniej przyjrzano się jej wykształceniu. Kobieta straciła pracę i czeka na proces. Skazaniem niedoszłego magistra inżyniera skończyła się zaś w tym roku jedna z najgłośniejszych takich spraw. Adam Dyląg, który dzięki fałszywce potwierdzającej jego naukę na AGH na Wydziale Inżynierii Mechanicznej i Robotyki, wykonał ponad 200 projektów elektronicznych, wpadł przez swoją zuchwałość. Gdy nazbyt pewny siebie podrobił dokumenty doprowadzenia terenu budowy do stanu pierwotnego, co szybko odkryto, przyjrzano się także jego wykształceniu. Dyląg za fałszerstwa został skazany na 1 rok i 9 miesięcy pozbawienia wolności w zawieszeniu na pięć lat.

– Kara niska, szansa na wpadkę nieduża, więc i fałszujących sporo – podsumowuje Pastuszka.