– Dla środowiska przyzwyczajonego do nieliczenia się z pieniędzmi będzie to szok – mówi prof. Tadeusz Luty, były rektor Politechniki Wrocławskiej. – Ale to krok słuszny. Jest kryzys i trzeba rozważnie gospodarować funduszami publicznymi.

Barbara Kudrycka, szefowa resortu nauki i szkolnictwa wyższego, zakończyła prace nad drugą częścią reformy nauki i szkolnictwa wyższego dotyczącą gospodarki finansowej na uczelniach publicznych oraz ich autonomii programowej. Projektami nowelizacji ustawy – Prawo o szkolnictwie wyższym i ustawy o tytule naukowym zajmie się Sejm na najbliższym posiedzeniu.

Istotą zmian minister Kudryckiej jest przygotowanie uczelni wyższych do konkurencji rynkowej. Merytorycznej i finansowej. Dziś środki na badania pochodzą w 70 proc. ze środków budżetowych, a tylko 30 proc. to pieniądze od biznesu czy z donacji. Powinno być odwrótnie. – Minister będzie miał prawo odwołać rektora, który nie radzi sobie z finansami uczelni i nie potrafi przeprowadzić programu naprawczego – zdradza Barbara Kudrycka. Na miejsce rektora wejdzie menedżer.

Szkoły publiczne w przyszłym roku akademickim dostaną budżety na poziomie 2008 – 2009 roku i w ich obrębie będą musiały sobie radzić, brakujące środki zdobywając na rynku. Mogą sprzedawać badania firmom czy tworzyć programy doradcze. Aby im w tym pomóc, resort przygotowuje na listopad podręcznik komercjalizacji – oparty na analizie współpracy biznesu i nauki w 30 krajach.

Konkurencję między uczelniami zaostrzy wymóg monitorowania pozycji zawodowej absolwentów po 3 i 5 latach od ukończenia studiów. System umożliwi wiarygodną ocenę poziomu nauczania poszczególnych szkół, a potencjalnym studentom racjonalny wybór. Dziś ukończenie wyższych studiów w Polsce pozwala podnieść uposażenie średnio o 18 proc., na świecie – od 30 do 50 proc.

Zgodnie z konwencją bolońską uczelnie zyskają większą niezależność programową. Znikną tradycyjne kierunki, powstawać będą studia międzywydziałowe, kierunki łączone etc. Uczelnie o uprawnieniach habilitacyjnych będą mogły same je tworzyć, nie pytając nikogo o zgodę. Ich trafność oceni rynek.