Powszechnie uznane miary jakości naukowej uczelni, a więc miejsca w międzynarodowych rankingach, publikacje w czasopismach z listy filadelfijskiej, liczba patentów czy liczba zespołów badawczych realizujących duże międzynarodowe projekty świadczą o mizerii naukowej polskich szkół wyższych. Jeszcze gorzej wygląda współpraca z biznesem. Naukowcy często uważają, że prawdziwa nauka to badania podstawowe, a badania empiryczne, które zaspokajają konkretne problemy biznesu, są „gorsze”. Z kolei biznes narzeka, że „jajogłowi” nie rozumieją ich potrzeb, że mówią dziwnym językiem, że są oderwani od rzeczywistości.

Żeby biznes i naukowcy mogli się porozumieć, potrzebny jest spory wysiłek. Gdy byłem wiceprezesem NBP, odpowiedzialnym między innymi za nadzór nad procesem inwestowania rezerw dewizowych, rozpocząłem współpracę z zespołem wybitnych polskich matematyków finansowych. Na zlecenie NBP opracowali oni nowy model, który mógłby być używany do bardziej efektywnego inwestowania rezerw. Kiedy skończyli pracę, spotkaliśmy się. Po jednej stronie stołu wiceprezes NBP, dyrektorzy i analitycy, po drugiej szeroko uśmiechnięci matematycy. – Rozwiązaliśmy wasze problemy – mówią i pokazują na wzór zapisany kredą na tablicy. Miał ze cztery metry długości. Dla naukowców to był koniec przygody intelektualnej, ale dla NBP początek długiej drogi. Upłynęło jeszcze wiele miesięcy, zanim wyniki projektu przybrały formę, dzięki której można było stosować nowe rozwiązania teoretyczne w praktyce. Takie bariery na styku nauki i biznesu występują wszędzie i bardzo trudno je pokonać. Nam się udało, na początku mówiliśmy innymi językami, ale po roku umieliśmy się porozumieć i wdrożyć nowoczesne technologie.

Przeprowadzone niedawno wywiady wśród studentów jednej z czołowych publicznych polskich uczelni technicznych pokazały te problemy w całej okazałości. Studenci po kilku latach studiów mieli wiedzę o narzędziach stosowanych 10 lat temu. Projekty realizowane w ramach nauki były oderwane od rzeczywistości i wymyślone na siłę, tematyka zajęć powtarzała się pod różnymi nazwami przedmiotów. Z kolei doświadczenia biznesu we współpracy z tą uczelnią były bardzo złe. Jednemu z naukowców, człowiekowi z olbrzymim doświadczeniem w tworzeniu parków wysokich technologii w Skandynawii, nie pozwolono poprawić pewnego rozwiązania, bo wtedy ważny profesor straciłby twarz. W takich warunkach nie zbudujemy gospodarki opartej na wiedzy i innowacjach.

Na uczelniach trzeba też stworzyć kulturę pracy opartą na zaufaniu, otwartości, szczerości. Potrzebne jest zarządzanie wiedzą, potrzebne są systemy motywacyjne, które spowodują, że osoby osiągające świetne wyniki dydaktyczne i badawcze będą miały z tego tytułu wymierne korzyści, finansowe, a także te związane z prestiżem i awansem zawodowym.

Nie wykorzystujemy potencjału naszych studentów. Są zdolni, kreatywni, jeszcze w czasie studiów powinni mieć możliwość spożytkowania tej energii w ramach projektów, które mają cele biznesowe. Prace licencjackie i magisterskie powinny być tam, gdzie to jest możliwe, związane z takimi projektami. Akademicka przedsiębiorczość powinna kwitnąć, zespoły składające się ze studentów mogą przecież realizować zlecenia dla samej uczelni, od programowania po PR, i wykonać te zadania lepiej i taniej od firm zewnętrznych. Żeby Polska mogła budować gospodarkę opartą na wiedzy, uczelnie muszą się zmienić. Tu i teraz.