Historię maturzystki z Katowic opisała "Polska The Times". Dziewczyna dowiedziała się, że zgromadziła 29 procent punktów i do zaliczenia zabrakło jej jednego procenta. Podejrzewała jednak, że doszło do pomyłki, tym bardziej, że pozostałe egzaminy zdała bardzo dobrze - dostała od 76 do 92 proc. punktów.

Maturzystka napisała do okręgowej komisji egzaminacyjnej wniosek o wgląd do pracy. Na dwa dni przed ustalonym terminem dostała telefon, że maturę zdała. Okazało się, egzaminator sprawdzający pracę popełnił błąd. "Egzaminator ocenił ją niżej, niż powinien, bo uznał za niezgodną z tematem. Dość mocno ograniczył punktację w pozostałych kryteriach. Kiedy zajrzeliśmy do tej pracy, okazało się, że można znaleźć fragmenty, które odnoszą się do tematu. W efekcie praca zyskała kilka punktów" - tłumaczy w rozmowie z "Polską The Times" Jadwiga Brzdąk, wicedyrektorka OKE w Jaworznie. Natychmiast naprawiono błąd w rejestrze matur i dziewczyna dostała się na studia. 

Chciała także wyciągnięcia konsekwencji wobec egzaminatora, przez którego błąd kilka dni była na skraju załamania nerwowego. Ale kompetencji takich nie ma ani MEN, ani szkoła. Gdyby błąd został wyłapany w czasie losowej kontroli, jakiej poddawani są egzaminatorzy, osoba ta zostałaby odsunięta od sprawdzania prac egzaminacyjnych. W innym wypadku nie ma jak domagać się kary dla egzaminatora.