Zajęć wymagających intensywnego wysiłku umysłowego uczniów nie planuje się po szóstej godzinie zajęć w danym dniu – dekretuje minister edukacji narodowej w nowym rozporządzeniu dotyczącym BHP w szkole. Nowa zasada ma obowiązywać od początku roku szkolnego. Choć to powód do zadowolenia dla uczniów, nauczyciele ostrzegają, że w najlepszym przypadku pozostanie martwym przepisem. W najgorszym – dołoży w szkole bałaganu.

Według literatury, na którą w uzasadnieniu rozporządzenia powołuje się MEN, koncentracja ucznia spada łagodnie od czwartej godziny lekcyjnej. Po szóstej – już drastycznie. Nie ma więc możliwości, by później efektywnie pracować na wymagających lekcjach. Choć to dane z lat 80., w ostatnim czasie potwierdził je Główny Inspektorat Sanitarny. Służba w 2010 r. alarmowała, że dzieci nie powinny spędzać w szkole więcej niż 6–7 godzin, a zajęcia powinny być rozłożone równomiernie na wszystkie dni tygodnia.

Choć projekt rozporządzenia ma poprawić los uczniów, już wzbudza kontrowersje. – Co to znaczy „zajęcia wymagające intensywnego wysiłku umysłowego”? – zastanawia się matematyczka z niewielkiej mazowieckiej szkoły. – Przecież każdy nauczyciel powie, że jego przedmiot jest wymagający. To należałoby doprecyzować – dodaje.

A co, jeśli będą w szkole dwie zmiany? Czy szósta lekcja liczona będzie od godz. 8, czy od pierwszej godziny, którą ma dana klasa? – pyta inna nauczycielka.

Wśród dyrektorów kontrowersje budzi natomiast to, że nowe rozporządzenie będzie praktycznie niemożliwe do realizacji w klasach sportowych czy dwujęzycznych. Już teraz dzieci mają tam po 39 godzin tygodniowo, spędzają więc w szkole tyle czasu, ile ich rodzice na etacie w pracy. Nawet w zwykłej siódmej klasie uczniowie mają 34 lekcje, a w ósmej będą od września pracować 35 godzin w tygodniu.

Nowe wytyczne trudno będzie wypełnić też tym dyrektorom, którzy zatrudniają nauczycieli „przedmiotowców” tylko na część etatu – np. fizyk czy biolog przychodzą do szkoły jednego dnia i uczą wszystkie klasy po kolei. To zaburza układanie planu lekcji, ale jest powszechną praktyką w związku z trwającą reformą edukacji.

MEN ma jeszcze czas na doprecyzowanie rozwiązań – rozporządzenie jest dopiero w konsultacjach. Resort chce jednak, by nowe przepisy obowiązywały już od września. Przewiduje też okres przejściowy do 1 marca. To oznacza, że najpóźniej plany lekcji trzeba będzie ułożyć na drugi semestr.

„Trudne przedmioty do szóstej lekcji” to niejedyne wymaganie, które może wstrząsnąć szkolnymi rozkładami zajęć.

Resort Anny Zalewskiej domaga się też wprowadzenia minimalnego czasu trwania przerw. Mają być one co najmniej 10-minutowe, a jeśli pogoda pozwoli, uczniowie powinni spędzać je na zewnątrz. Tymczasem w wielu placówkach odstępy między lekcjami rosną wraz z upływem dnia. Pauza po pierwszej lekcji bardzo często trwa tylko 5 minut, a kolejna jest przerwą śniadaniową trwającą 15. Dyrektorzy argumentują, że dzieci po 45 minutach nauki nie są jeszcze zmęczone i lepiej pozwolić im na dłuższy relaks po kolejnych. Takie rozwiązanie nie będzie już możliwe.

„Na podstawie opracowania Education at a Glance 2017 OECD Indicators w krajach Organizacji Współpracy Gospodarczej i Rozwoju minimalna długość przerwy na ogół wynosi 10–15 minut, aby umożliwić uczniom zmianę sali lekcyjnej oraz uwzględnić realizację potrzeb fizjologicznych” – argumentuje jednak resort. Zobowiązuje też dyrektora, by rozkład dzwonków konsultował z samorządem szkolnym i radą rodziców.

Tu z kolei poważny problem może czekać szkoły muzyczne, gdzie po normalnych lekcjach odbywają się indywidualne zajęcia z nauczycielem muzyki. Trwają one zwykle pół godziny, a później uczniowie mają przerwę. Jeśli zostanie ona wydłużona do 10 minut, wydłuży się też czas pracy nauczyciela.