Choć zwiększenie wynagrodzeń dla kadry nauczycielskiej o ok. 5 proc. ma nastąpić już od kwietnia, wciąż nie wiadomo, czy państwowe pieniądze zabezpieczone na ten cel (1,2 mld zł w 2018 r.) są wystarczające. A to źle wróży całemu, rozpisanemu na trzy lata, programowi podwyżek, zgodnie z którym pensje nauczycieli do 2020 r. wzrosną o niemal 16 proc.
Spór się zaognia. Dziś ma dojść do spotkania strony rządowej i samorządowej zasiadającej w Komisji Wspólnej. Lokalni włodarze naciskają na Ministerstwo Edukacji Narodowej (MEN), by przedstawiło im realne wyliczenia dotyczące chociażby stanu etatowego wśród nauczycieli. Bo te, które widzieli do tej pory, budzą ich poważne wątpliwości.
Problem polega na tym, że finansowanie resortu edukacji idzie za uczniem, a nie za nauczycielem. I choć rząd zwiększył subwencję, to jest ona zależna od liczby uczniów, a nie nauczycieli. Zdaniem urzędników MEN, jeżeli komuś brakuje pieniędzy, to być może jest to efekt błędnej polityki kadrowej – liczba uczniów spadła, a etatów nauczycielskich już nie.
Samorządowcy przyznają, że może to być sygnał dla nich o "uregulowanie polityki kadrowej". Uważają wręcz, że MEN po cichu gra na to, by zredukować liczbę nauczycieli. Jak? W tym roku liczba uczniów w szkołach prowadzonych przez powiaty spadła o ok. 5 proc. To odbiło się na wysokości subwencji i spowodowało brak pieniędzy na podwyżki. – – ocenia ekspert Związku Powiatów Polskich Grzegorz Kubalski. Ale jego zdaniem to też czysto teoretyczna możliwość. – – podaje Kubalski.
Samorządowcy podkreślają, że sytuacja jest skomplikowana – nie zawsze można zwolnić nauczyciela, a też przed wyborami nikt nie chce podejmować takich kroków.
Kolejnym punktem sporu jest faktyczna liczba nauczycieli. Jak mówi Marek Wójcik ze Związku Miast Polskich (ZMP), obecnie w samorządowym systemie oświaty mamy ok. 590 tys. etatów nauczycieli zatrudnionych na podstawie Karty nauczyciela. Tymczasem ministerstwo na ostatnim spotkaniu z samorządowcami miało przedstawić im wyliczenia dla zaledwie 540 tys. – Gdzieś "wyparowało" im 50 tys. osób – mówią samorządowcy.
Resort tłumaczy nam, że różnica wynika z tego, że przy kalkulacji wysokości subwencji oświatowej (z której finansowane są m.in. podwyżki nauczycielskie) pod uwagę bierze się etaty pedagogów w placówkach prowadzonych przez samorządy oraz etaty nauczycieli dzieci sześcioletnich w wychowaniu przedszkolnym. Różnica między 590 tys. a 540 tys. to liczba etatów nauczycieli w placówkach nieotrzymujących subwencji, głównie w przedszkolach.
– tłumaczy Anna Ostrowska, rzeczniczka MEN. Jak dodaje, wychowanie przedszkolne jest finansowane przede wszystkim z dochodów własnych samorządów. Jest ono dodatkowo wspierane w postaci transferów z budżetu państwa (łącznie ok. 3 mld zł).
– dodaje Anna Ostrowska.
– odpowiada Marek Wójcik z ZMP. – Sam MEN na jednym ze spotkań wykazał, że liczba nauczycieli pracujących z sześciolatkami w samorządowych przedszkolach wynosi ok. 10 tys. Tych w szkołach bez subwencji jest ok. 7 tys. A nam w tej matematyce ciągle brakuje 50 tys. nauczycieli. Wciąż nie możemy doprosić się w MEN o przedstawienie konkretnych danych – dodaje.
W tej sytuacji samorządy same wzięły się do podliczania skutków rządowych podwyżek dla nauczycieli. I są przerażone rezultatami tych prac. – – zdradza nam samorządowiec zasiadający w Komisji Wspólnej.
Z analizy Związku Powiatów Polskich (ZPP) przeprowadzonej na próbie 100 jednostek wynika, że średnia kwota wydatków na zaplanowane podwyżki – pochodzących z innych dochodów własnych niż subwencja oświatowa – w statystycznym powiecie wyniesie ponad 0,6 mln zł.
My sprawdziliśmy, jak to wygląda w poszczególnych miastach. – – ocenia Katarzyna Pienkowska z wydziału prasowego stołecznego ratusza. Jak dodaje, Warszawa z subwencji pokrywa tylko około połowy wydatków bieżących oświaty. – tłumaczy nasza rozmówczyni.
Z kolei Toruń szacuje koszt tegorocznych podwyżek na 6,4 mln zł, a w perspektywie kolejnych trzech lat – na 26 mln zł. W tym samym czasie subwencja rządowa wzrośnie o 17,5 mln zł (zakładając, że wzrośnie o 2,4 proc. – jak pomiędzy 2017 a 2018 r.). Tak więc niedobór środków na wynagrodzenia samorząd dziś szacuje na 8,5 mln zł, czyli jedną trzecią kwoty wzrostu wynagrodzeń.
– zaznacza Anna Kulbicka-Tondel, rzeczniczka prezydenta Torunia.
W Bydgoszczy subwencja pokrywa niecałe 66 proc. kosztów oświatowych. Na podwyżki nauczycielskie zabezpieczono kwotę prawie 11,2 mln zł. Samorząd również nie wyklucza ubiegania się o zwiększenie środków ze strony rządu.
mówi Marta Stachowiak z urzędu miasta.
Marek Olszewski z zarządu Związku Gmin Wiejskich przypomina, że w 2000 r. samorządy wyliczyły, że na rządowe podwyżki dla nauczycieli brakuje 2,5 mld zł i tyle muszą dołożyć samorządy. – – tłumaczy Olszewski i dodaje, że wtedy batalię wygrali: rząd zwrócił pieniądze.
MEN przyznaje, że napływają do nich sygnały o problemie, jednak w tej chwili nie planuje zmian.