Pokój nauczycielski wrze, pokój plotkuje, wymienia się myślami, strachami i nadziejami. W ponad 28 tys. szkół 670 tys. nauczycieli przez wszystkie przypadki i stany emocjonalne odmienia frazę "reforma oświaty". Dla jednych to dobra, oczekiwana zmiana, dla innych porażka, by nie rzec katastrofa. Dla reszty kolejna niedogodność, którą jakoś trzeba przeżyć. Nie ma na ten temat żadnych wiarygodnych badań, więc nie będę siliła się na udowodnienie, że któraś z tych postaw jest dominująca.

Rozmawiałam z szesnastoma przedstawicielami tego zawodu, do publikacji wybrałam rozmowy, które wydały mi się (w miarę) reprezentatywne i charakterystyczne dla tego środowiska. Ale nie będę się upierać, że taka jest prawda objawiona, ważona polska średnia. Przyjmijmy, że jest to głos w dyskusji, obrazek z jednego z setek tysięcy pomieszczeń, w którym zamykają się na przerwach belfrzy, żeby napić się kawy, odsapnąć i wymienić myśli.

Tyle że ten pokój nauczycielski jest dziś w dużej mierze wirtualny - ostrzega Katarzyna. 36 lat, magister wychowania fizycznego, licencjat ze specjalności przyroda, uczy w podstawówce, w dużym mieście położonym w centralnej Polsce. Wf-u i przyrody właśnie. To o tyle istotne, że w wielu szkołach - także i jej - ów symboliczny pokój nauczycielski jest martwym bytem.

Każdy siedzi w swojej klasie, w komputerze ma dzienniki, w których wystawia oceny i zaznacza obecności, w kompie jest też rozkład zajęć i harmonogram dyżurów na przerwach. Więc nie ma powodu, żeby chodzić do pokoju nauczycielskiego. Nauczyciele sobie nawzajem nie ufają, boją się o swoje miejsca pracy, podpieprzają wzajemnie do dyrekcji. Nie czują więc potrzeby, żeby ze sobą przebywać i rozmawiać. Jeśli już, to w zaufanym gronie, w podgrupach. Albo anonimowo - na forach dyskusyjnych - zaznacza. Katarzyna do reformy ma stosunek ambiwalentny. Cieszy się, że znikną gimnazja. Denerwuje ją bałagan, jaki towarzyszy zmianom. Jest wściekła, bo będzie musiała do tego interesu dopłacić. Dosłownie - w polskich złotych.

Podobne zdanie na temat pokoju nauczycielskiego ma Adam, 38-letni anglista (w zawodzie pracuje od 18 lat, już uczył dzieci, a jeszcze kończył studia). Kiedyś to była świątynia, teraz jeszcze jedna sala, do której każdy może wejść, ale mało kto chce - opowiada. Jedno nieostrożne słowo, a można skończyć na dywaniku u dyrektora, który dawno przestał być ostoją i grupą wsparcia dla grona. Teraz patrzy tylko, żeby jakoś się ułożyć z organem założycielskim, nie podpaść i zachować posadę. Reforma tutaj nic nie zmieni - diagnozuje Adam. On akurat jest zwolennikiem oświatowej rewolucji, choć nieco zdystansowanym.

Krzysztof, 47 lat, od 16 lat w zawodzie, historyk i bibliotekarz (wcześniej próbował sił w prywatnej inicjatywie) jest cynikiem. Stosunek do reformy zależy od preferencji politycznych, ideologię i argumenty można dorobić - wzrusza ramionami. On jest generalnie za. Choć także uważa, że zmiany można było przeprowadzić łagodniej, bardziej rozłożyć je w czasie. Ale hasło likwidacji gimnazjów pomogło PiS wygrać wybory, więc muszą to zrobić jak najszybciej - uważa. I dodaje, że w tej całej awanturze dobro dziecka jest może na 64. miejscu, bo różne grupy interesów grają o swoje - a każda o coś innego.

Monika, 45 lat, jest o tyle szczególna w tym gronie, że nie jest zwyczajnym nauczycielem, ale psychologiem i pedagogiem. Pracuje jako nauczyciel pomocniczy w klasie integracyjnej rejonowego gimnazjum w jednej z najgorszych dzielnic miasta na zachodzie kraju. Dla niej reforma oznacza, że nie jest pewna swojego zatrudnienia, bo kontrakt ma podpisany jeszcze na dwa lata, więc zastanawia się, czy zostanie w szkole, czy może raczej pójdzie na swoje. Takie myśli ma już od dawna, więc zmiany w systemie edukacji mogą jej tylko dać kopa do działania, nie stanowią katastrofy. Żal jej koleżanek i kolegów, którzy się boją – ale oni boją się każdej zmiany.

Joanna jest polonistką, średniej wielkości miasto na Śląsku, w zawodzie od ponad 30 lat (kobiety z takim stażem nie pyta się o wiek). Ma lepsze zdanie na temat nauczycieli niż jej koledzy. Uważa, że reforma jest niepotrzebna, ale nie należy jej demonizować. Przeżyła ich już kilka i uważa, że nic wielkiego się nie stanie i teraz. Jak to się dalej potoczy, będzie zależeć od dyrekcji, zgrania grona pedagogicznego i oczywiście od dobrej woli samorządu. Ja mam to szczęście, że pracuję w dobrej szkole, ze świetnymi ludźmi, a w gminie urzędnicy też są fantastyczni - dowodzi. W ich placówce dziecko i rodzic są, od wielu lat, na pierwszym miejscu i nawet reforma tego nie zmieni. Przecież od kolejnej ustawy my, nauczyciele, nie zgłupiejemy i nie zapomnimy, jak trzeba uczyć dzieciaki - śmieje się.

Adam, od 20 lat w szkole, historyk i wuefista, działacz ZNP, znawca powiatowo-gminnej oświaty (sam uczy w takich szkołach w samym środku kraju), jest na nie. Zdecydowanie.

Informacji brak

Katarzyna nie ukrywa, że to, co ją - i wielu jej kolegów po fachu –-najbardziej irytuje, to fakt, iż ciężar reformy został przerzucony na barki nauczycieli. Bo to oni właśnie dostaną po kościach. Organizacyjnie, psychicznie oraz finansowo. Ona sama czuje się zawieszona i zagrożona, jak wielu tych pedagogów, którzy uczyli w podstawówkach. Bo jeśli teraz ona uczy wychowania fizycznego i przyrody w podstawówce, ma nawet nadgodziny, to w nowej rzeczywistości oświatowej może nie wyrobić zwyczajnego pensum, choć klas przybędzie.

Teraz w klasach IV-VI jest przyroda, której uczę. W ośmioklasowej szkole ten blok zostanie rozbity - począwszy od piątej klasy –-na poszczególne zagadnienia, a więc biologię, geografię, fizykę i chemię. Aby nauczać któregoś z tych przedmiotów, będę musiała skończyć studia podyplomowe, żeby zdobyć uprawnienia – tłumaczy Katarzyna. Jak mówi, nie ma nic przeciwko doszkalaniu się, podnoszeniu kwalifikacji, wręcz to lubi. Planuje specjalizować się w geografii. Ale przeraża ją wysiłek finansowy, który będzie temu towarzyszył.

Za studia trzeba zapłacić. Powiedzmy, że będzie to kwota rzędu 500 zł miesięcznie. Wprawdzie można starać się o dofinansowanie od gminy, ale jego wysokość jest niezdefiniowana. To może być tylko kilka procent, w zależności od tego, na ile samorząd będzie stać. Bo jeśli o dotacje będzie się ubiegać wielu nauczycieli, może być kiepsko. Młodszych klas nie będę mogła uczyć przyrody, bo nie mam uprawnień do nauczania wczesnoszkolnego. Podobnie z wychowaniem fizycznym - maluchy mają zajęcia ze swoimi paniami. Więc może się okazać, że nie wyrobię na etat. Więc skąd mam wziąć pieniądze na uzupełnienie kwalifikacji? - pyta retorycznie i wznosi oczy ku niebu. OK, jej mąż nieźle zarabia, więc dadzą wspólnie radę.

Ale nie każdemu będzie tak łatwo. Adam (anglista), pamięta, jak poszedł do swojego samorządu ubiegać się o dofinansowanie do jednego z kursów, który kosztował go 1,6 tys. zł. Dostał zgodę na 160 zł, a kiedy spytał, czy to pierwsza rata, pani z gminy popatrzyła na niego takim wzrokiem, jakby właśnie obdarł ją ze skóry. Ja sobie dorobię, choćby tłumaczeniami, ale ilu z moich kolegów ma taką szansę - mruczy. Adam i Katarzyna podpisaliby się obiema rękami pod tą reformą - hasztag precz z gimnazjami - gdyby nie finansowe i organizacyjne utrudnienia.

Jeśli Katarzyna i inni nauczyciele przyrody będą musieli się douczyć, żeby móc uczyć, szkoły staną przed problemem braku fachowców od poszczególnych przedmiotów przyrodniczych. Bo nie wiadomo jeszcze, czy zanim tamci dostaną potrzebny papierek, będzie jakiś okres przejściowy, czy od razu szlaban.

I to jest najbardziej męczące i dezorientujące: brak informacji - Monika jest poirytowana. Bo nie wie, czego ma się spodziewać. Nikt jej ani koleżeństwu niczego nie mówi, dyrekcja nabrała wody w usta. Może także nie wie, może nie chce się dzielić wiedzą. To, co im oznajmiono, to tyle, że w szkole, która kiedyś była podstawówką, a potem za grube pieniądze przebudowano ją tak, żeby wydzielić szkołę powszechną i gimnazjum (przedzielono je ścianą, aby starsze dzieci nie znęcały się nad młodszymi – taki szedł główny przekaz przy okazji reformy Handkego w 1999 r.) znów zostaną wybite ściany. Nieco demolki architektonicznej, destrukcji tego, co budowano, murowano i malowano przez ostatnie lata.

W przypadku szkół Katarzyny i Adama (anglisty) sprawa wygląda jeszcze inaczej. Nie trzeba przebijać zamurowanych przed laty drzwi, gdyż ich szkoły stanowią dziś kompleks - przy podstawówce stoi budynek gimnazjum. Podobnie jest w przypadku Krzysztofa. I Adama (historyka). Ale ich przypadki są tylko prawie podobne, a jak wiadomo z reklamy napoju dozwolonego od 18 lat, prawie robi różnicę. Katarzyna: Moja podstawówka stoi obok dzisiejszego gimnazjum. Jest za mała, żeby pomieścić VII i VIII klasy. Pewnie będzie tak, że dzieciaki z tych oddziałów będą się uczyły w budynku obok, czyli teraźniejszego gimnazjum. To najprostsze rozwiązanie, ale całą ideę szlag trafia. Bo przejmą je nauczyciele, którzy teraz uczą gimnazjalistów, więc nic się nie zmieni - nasze dzieci i tak pójdą do gimnazjum, którego niby nie będzie. Joanna: U mnie będzie tak samo. Dzieci się cieszyły, że zostaną razem, bo to nieprawda, że każde tylko marzy, aby iść do gimnazjum. I teraz są rozczarowane.

Takich zespołów szkolnych jest wiele, w większości w miastach. Jeszcze ciekawiej - i gorzej - sytuacja wygląda na wsiach. Adam (historyk) pracuje w gimnazjum od początku jego istnienia, sam je tworzył, więc jest zaangażowany emocjonalnie - czego nie ukrywa. W Polsce powiatowej, w większości gmin sytuacja jest taka, że jest jedno gimnazjum i 2-3 niewielkie szkoły podstawowe - opowiada. Te gimnazja to często nowoczesne budynki, budowane i wyposażane od zera, mnóstwo pieniędzy na to poszło.

Ale przez lata były oczkiem w głowie samorządów i rodziców - więc są pracownie, tablice multimedialne, bajery. A podstawówki to niewielkie, kiepsko wyposażone szkółki. I teraz co? Część dzieci i nauczycieli będzie w tych nowych budynkach, a reszta w tych starych szkółkach? - pyta wzburzony. Bo samorządy na pewno nie wyłożą kasy, aby je doposażyć. Prędzej się można spodziewać, że zamkną mniejsze jednostki i będą dowozić dzieci z gminy. Albo zrobią w tych małych filie, gdzie będą np. klasy I-IV, a starsze dzieci będą jeździć do byłych gimnazjów. Czyli fikcja, nic się nie zmieni. Od mieszania herbaty ta nie robi się słodsza - kwituje.

Adam (anglista): Najśmieszniej będzie przez te lata przejściowe, kiedy będzie się wygaszać gimnazja. Dobra wiadomość dla nieuków: nikogo nie będzie można zostawić na drugi rok, będzie się przepychać wszystkich z klasy do klasy. Z II do III, a potem wszyscy w III klasie też będą musieli zdać, choćby nie chodzili na lekcje. Bo gdzie cofniesz takiego drugoroczniaka? Do szkoły podstawowej nie można, każdy gimnazjalista ma już ją ukończoną i posiada na tę okoliczność stosowne świadectwo - śmieje się.

Monika: Licea się boją, co się stanie, kiedy trafią do nich jednocześnie uczniowie po ośmioklasówce i po gimnazjum. Trzeba będzie dla nich robić osobne klasy, bo szli przecież innym programem. Ale przynajmniej nauczyciele ogólniaków są zadowoleni, będą mieli więcej pracy. Już teraz dyrektorzy rozglądają się za co lepszymi nauczycielami likwidowanych gimnazjów, boją się, że inaczej samorząd każe im zatrudniać nie tych, co by chcieli, a tych, którzy będą na rynku.

Ciało King Konga, umysł kanarka

I tutaj zaczyna się spór: kto zyska, kto straci, kto się powinien bać najbardziej. Joanna: Wszyscy boją się o pracę, i ci z podstawówek, i ci z gimnazjów. Ci z gimnazjów bardziej, bo tam jest młodsza kadra, a więc mniej jest nauczycieli mianowanych, których trudniej zwolnić. Ale jak się dyrektor uprze, to także i mnie posunie. Albo zabierze mi godziny tak, że będę musiała biegać po trzech szkołach, żeby wyrobić pensum, a teraz mam 15 min spacerkiem do szkoły. Jest zmiana, a nauczyciele to środowisko, które nienawidzi, jak coś im się zmienia. Wcześniej też zamykali szkoły, ludzie tracili pracę – z powodów demograficznych.

Katarzyna: Nie byłoby tego krzyku o reformę, gdyby nie strach przed utratą zatrudnienia.

Adam (historyk): Nie wierzę w te opowieści minister Zalewskiej, że przybędzie kilka tysięcy miejsc pracy. Ubędzie, u nas już zapowiedzieli: 50 etatów do likwidacji i dwa budynki szkolne będą puste. Samorządy nie wyrabiają, już zachowanie etatów nauczycielskich po wyprowadzeniu sześciolatków ze szkół było dużym wysiłkiem finansowym. Znajomy włodarz powiedział mi: Gdyby nie ta reforma, nie odważyłbym się walczyć z wyborcami tuż przed wyborami samorządowymi. A tak, to sobie wyczyszczę sytuację kosztem Zalewskiej. Tak, samorządy teraz poczują bluesa i będą zwalniać, likwidować małe szkoły.

Krzysztof: Bo to jest awantura polityczna. Wiadomo, że samorządy są w większości platformerskie i robią, co mogą, żeby uprzykrzyć życie temu rządowi. Oświata to kolejne miejsce, gdzie można mu podstawić nogę.

Adam (historyk): To po co robili tę reformę? Też na polityczne zamówienie. Nie ma racjonalnych powodów jej przeprowadzania.

Kiedy pojawia się słowo "polityka", temperatura rośnie. Nauczyciele, tak samo jak wszyscy inni, mają swoje poglądy, bardzo mocne i sprecyzowane. Krzysztof przyznaje, że właśnie światopogląd jest filtrem, przez który patrzy się na świat. I widzi inne kolory rzeczywistości niż koledzy.

Adam (anglista): Zaraz, zaraz. Przez ostatnie lata była nagonka na gimnazja, że takie złe, że bez sensu. Teraz nagle stały się dobre? Nauczyciele narzekali na system testowy, że trzy lata w procesie edukacji są marnowane na wyćwiczenie dzieciaków w rozwiązywaniu testów: chodzi o egzaminy szóstoklasisty, gimnazjalny i maturalny. I że jakość edukacji spada. Nagle to staje się nieaktualne? Od lat bije się na alarm, że trzyletnie liceum to za krótko. Że poziom absolwentów spada, coś trzeba z tym zrobić. Ale teraz nie ma to znaczenia, bo zły PiS robi reformę.

Adam (historyk): Jak pojawił się projekt tej ustawy, przeczytałem dokładnie jego zapisy i uzasadnienie. I uważam, że wszystkie argumenty za reformą są nadmuchane. Puste hasła. Patologia, agresja? Z badań wynika, że większa jest w szkołach podstawowych. Nie będę przytaczał wyników międzynarodowych badań PISA, wszyscy je znają. I wiedzą, że nastąpił niesamowity skok, nasi 15-latkowie są na czołowych miejscach we wszystkich badanych obszarach, powyżej średniej OECD. Poza tym wyrównał się poziom pomiędzy wsią a miastem oraz pomiędzy najlepszymi a najsłabszymi uczniami. No, może system testowy uległ zwyrodnieniu, testy z narzędzia mającego pomóc diagnozować nauczycielom, gdzie popełniają błędy w nauczaniu, stały się celem samym w sobie. Ta presja na rankingi, wyniki. Tyle że można system poprawić, po co burzyć wszystko?

Adam (anglista): Każde badanie można interpretować na różne sposoby. OK, nastąpiło uśrednienie, co oznacza, że ci najsłabsi są nieco mądrzejsi, ale ci najlepsi nie zmądrzeli. Wniosek: kształcimy miernoty. Poza tym w stosunku do najlepszego 2012 r. wyniki poszły w dół. No i całkiem inną perspektywę ma nauczyciel z dobrego gimnazjum, gdzie ma wyselekcjonowaną młodzież, a całkiem inną ten, co uczy w rejonie. To tyle, jeśli chodzi o wyrównywanie szans. Dzieci dobrze ustawionych rodziców szły do najlepszych gimnazjów, a reszta towarzystwa do kiepskich, gdzie nauczyciele stawali na rzęsach, żeby czegoś nauczyć. Teraz ci z dobrych gimnazjów krzyczą, bo będą musieli uczyć wszystkich i się narobić. Stąd te protesty.

Monika: W mojej klasie gimnazjalnej na 20 dzieci tylko sześcioro nie ma orzeczeń. Dysleksje, dysgrafie to najlżejsze przypadki. Są agresorzy, są dzieci opóźnione. Wszystkie z patologicznych rodzin. Getto. Tylko czy ta reforma sprawi, że w szkole podstawowej będzie inaczej? Wątpię. Po prostu będzie więcej klas i więcej dzieci. I więcej agresji.

Krzysztof: Typowy gimnazjalista: ciało King Konga, umysł kanarka. W dodatku przesunięta została granica inicjacji alkoholowo-imprezowej. Bo przecież jeśli ktoś kończy podstawówkę, jest już dorosły. To obserwacja z terenu, efekt rozmów z rodzicami, nie statystyka. A jeśli chodzi o poziom nauczania, wystarczy posłuchać, co mówią osoby uczące w szkołach wyższych. Na pierwszych latach robi się douczanie, przerabia materiał z poprzednich lat, bo młodzież nie rozumie najprostszych pojęć.

Adam (historyk) jest przygotowany i na ten argument. I ma kolejne statystyki, które przytacza. Pod koniec lat 90. do liceów szło 21 proc. absolwentów klas VIII, w 2015 r. ogólniaki wybierała prawie połowa absolwentów gimnazjów. Więc nic dziwnego, że poziom spada. A potem większość tych po liceach idzie studiować, bo mamy nie kilkanaście uczelni, jak w latach 80., ale kilkaset. To jest realny problem: zniszczenie szkolnictwa zawodowego, masowa produkcja bezrobotnych. I za jego rozwiązanie należałoby się wziąć, a nie grzebać przy gimnazjach - mówi.

Z tym, że jest to problem, zgadzają się wszyscy. Że szkolnictwo zawodowe należy reanimować i podnieść - także. Co nie zmienia faktu, że w kwestii być albo nie być gimnazjów każdy zostaje przy swoim. Co ciekawe, stosunkowo niewiele mają wszyscy do powiedzenia na temat podstawy programowej. To dlatego, że wisiały krótko, zanim ludzie zdążyli je przeanalizować - mówi Monika. Potem ściągali, żeby poprawiać, bo strasznie były dziurawe. Do angielskiego w ogóle jeszcze nie ma – przyznaje Adam (anglista).

Krzysztof: A odkąd to nauczyciele tak bardzo przejmują się podstawą programową? Ja, żeby wiedzieć, co powinny umieć moje dzieci, nie potrzebuję jej ani podręcznika.

Joanna: Jak obserwuję, najwięcej obaw mają tutaj koledzy z gimnazjów. To trochę wynika z poczucia degradacji: wydawało im się, że jak uczą w gimnazjach, są lepsi niż ci z podstawówek. Że mogą prowadzić programy autorskie, pracować na projektach. Ale przecież my w podstawówce też to robimy. Wszystko zależy od chęci, energii, zaangażowania. Kiepski nauczyciel zawsze będzie narzekał i wynajdywał przeszkody. Tej profesji przydałoby się odmłodzenie załogi, bo bardzo denerwują mnie koledzy w moim wieku, którzy zawsze narzekają, na wszystko.

Adam (anglista): To takie środowisko, niestety. Ale pogadają i zrobią, co im się każe. Bo nie będą w stanie robić niczego innego. Co nie przeszkadza im jęczeć, jak pewnej znajomej polonistce: Ojej, będę musiała teraz uczyć klasy VII i VIII, przecież ja się na tym nie znam. Takie osoby wyrzucałbym z zawodu.

Adam (historyk): To prawda, że jeśli chodzi o podstawy programowe, niewiele jeszcze wiadomo, prócz tego, co wyciągnęły media, że preferowany będzie ewolucjonizm, a dzieci będą uczyć się, kto bohater, a kto zdrajca. Ale może to nieprawda, tylko takie strachy przed zideologizowaniem edukacji. Szkoda, że tych podstaw jeszcze nie ma, bo nie wiem, jak zdążą przygotować podręczniki. Ale faktem jest to, że w systemie ośmioklasowym dzieci będą miały mniej zajęć z przedmiotów przyrodniczych. Policzyłem. Mniej także niż w starej podstawówce ośmioklasowej, bo niby w sumie godzin jest tyle samo, ale podochodziły nowe przedmioty: informatyka, religia, języki. Więc na wszystko to jest mniej czasu. Będzie niezły bałagan.

Zmiana na cokolwiek

Z tym, że czeka nas kilka lat chaosu, zgadzają się wszyscy. Będzie. Joanna: Przeżyłam już kilka reform, przeżyję i tę następną. Przecież tak naprawdę to reformę mamy za każdym razem, jak zmienia się ekipa rządząca. Nowe podstawy programowe, nowe podręczniki. Bo reforma Handkego wprowadzająca gimnazja była może pierwsza, ale nie ostatnia. Jak utopiono szkoły zawodowe, tworząc licea profilowane, to było dobrze? Jak na siłę wciskano sześciolatki do szkół, to też nie wszyscy byli zadowoleni, prawda? Za każdym razem był chaos. Ale już o tym ludzie zapomnieli.

Krzysztof: Jak to pisał Hłasko? Nie musi być zmiana na lepsze, niech będzie na cokolwiek.

Adam (historyk): To prawda, że każda zmiana to zamieszanie. Pamiętam reformę Handkego, zbiegła się w czasie z przekazaniem szkół samorządom. I pani w gminie, która wcześniej siedziała w kasie, miała teraz odpowiadać za edukację. Także wówczas reforma była nieprzygotowana, robiona na chybcika, niedofinansowana. Trzeba było lat, żeby wszyscy nauczyli się funkcjonować w nowej rzeczywistości. Więc tym bardziej nie rozumiem, po co fundujemy sobie ten koszmar na nowo. W dodatku to kolejna reforma robiona bez pytania o zdanie nauczycieli. Bo konsultacje były fikcją. Inna sprawa, że jak wchodziły gimnazja, ja byłem młody, patrzyłem na to z entuzjazmem, miałem poczucie, że coś tworzę. Teraz obserwuję, że młodzi koledzy też są pełni zapału. Starzy są za, bo z nostalgią wspominają swoje młode lata. Najbardziej przeciw są chyba tacy, jak ja – w średnim wieku.

Krzysztof: Wtedy było o tyle łatwiej, że udało się wmówić ludziom, że gimnazja to krok w nowoczesność, dołączenie do Europy i temu podobne bzdury. A teraz – kiedy trwa wojna polsko-polska – podgrzewa się niepotrzebnie atmosferę. Gdyby wierzyć przekazom medialnym, morduje się polską szkołę. Pozwolę sobie zacytować Orwella, że tylko inteligenci mogą uwierzyć w takie bzdury, które im się serwuje. Zwyczajni ludzie nie mogą być tak głupi.

Joanna: W największej panice są rodzice. Naoglądają się telewizji i wydaje im się, że nastąpił koniec świata. O to mam ogromne pretensje, że robi się z tego polityczną drakę. Każdego dnia muszę uspokajać zaniepokojonych rodzicieli, tłumaczyć im, że dzieci są bezpieczne, że szkoła będzie funkcjonować, a nauczycie nie stracą nagle umiejętności nauczania. A wciąganie w to dzieci, nieposyłanie ich do szkoły w jakimś niby proteście, uważam za skandal.

Adam (historyk): Fakt, co innego protesty nauczycieli, co innego wciąganie w politykę dzieci. No dobrze, powiem to: nie będzie katastrofy. Pacjent przeżyje tę kurację. Ale o tym, w jakim wyjdzie z niej stanie, przekonamy się dopiero za kilka lat.

I tutaj zabrzmiał dzwonek.