Drożdżówki stały się symbolem przyjętej przez rząd PO-PSL ustawy o zdrowym żywieniu w szkołach. Ajenci sklepików pokazywali je jako dowód, że przepisy są zbyt restrykcyjne. Doszło do tego, że poprzednia minister edukacji, Joanna Kluzik-Rostkowska, zapowiadała w mediach, że będzie negocjować z ministrem zdrowia powrót drożdżówek do szkół.

W środę, między innymi o drożdżówkach rozmawiali członkowie parlamentarnego zespołu na rzecz wspierania przedsiębiorczości i patriotyzmu ekonomicznego. - Słyszymy, że drożdżówki jeszcze nikogo nie zabiły. Ale jeśli byśmy jedli codziennie trzy, cztery, to nas zabiją - mówiła Małgorzata Taraszkiewicz, zaproszona na posiedzenie psycholog edukacji. Zwracała uwagę, że dzieci coraz częściej chorują dziś na cukrzycę i mierzą się z problemami emocjonalnymi.

Ajenci sklepików przekonywali, że drożdżówki z piekarni nie są tak złe, jak chciałaby je widzieć ustawa. Ani, że dzieci nie jedzą ich tak dużo. - W szkole gdzie jest 800 dzieci drożdżówek sprzedaje się 30. Gdyby dzieci jadły po 3-4 drożdżówki, trzeba by ich ponad 2 tys. - przekonywała jedna z obecnych na sali właścicielek sklepików. Inna ajentka podkreślała: - Dzieci kupują drożdżówki z dyskontu, które może kosztują 90 gr, ale są bardziej niezdrowe.

Z kolei producenci żywności zwracali uwagę, że do masowej produkcji stosowany bułek jest często stosowany olej palmowy i syrop glukozowo-fruktozowy, czyli zdecydowanie bardziej szkodliwe produkty, niż zakazany przez ustawę cukier. Także oni domagali się od MZ rozluźnienia regulacji.

Obecny na posiedzeniu wiceminister zdrowia Jarosław Pinkas potwierdził, że ministerstwo chciałoby poprawić restrykcyjne przepisy. Zapowiedział, że ma nadzieję na zmiany jeszcze w tym roku szkolnym. Minister potwierdził też informacje DGP, że pod patronatem resortu powstaje przepis na zdrową drożdżówkę, której nadzienie zawiera ponad 80 proc. owoców. Jej producenci żartują, że nazwą ją od nazwiska Konstantego Radziwiłła, obecnego szefa MZ.

Ta informacja zaniepokoiła ajentów sklepików. Obawiają się, że rząd ustawę poprawi, ale ta nadal będzie bardzo szczegółowa. A to jeden z głównych zarzutów do obecnych rozwiązań. Właściciele sklepików przekonywali w czasie posiedzenia, że ustawa jest pełna absurdów, bo ich firmy znikają ze szkół, a dzieci i tak sięgają po niezdrowe produkty. - 90 proc. szkół ma supermarkety lub inne prywatne sklepy w odległości 300-500 metrów. To walka z wiatrakami - przekonywał Łukasz Szendała, który prowadzi sklepik w Lublinie. I podawał przykład: przed wejściem ustawy miałem ok. 350 klientów dziennie, dzisiaj jeśli jest stu to mogę otwierać szampana. Zamiast tego uczniowie zamawiają do szkoły kebab, czy pizzę - przekonuje.

Minister edukacji Anna Zalewska zaprosiła ajentów i producentów żywności do współpracy przy tworzeniu nowych rozwiązań. Przekonywała też, że racjonalizacja przepisów to dopiero pierwszy krok. Za nim ma pójść między innymi promocja zdrowego odżywiania. - Jestem po rozmowie telefonicznej z prezesem TVP w tej sprawie - mówiła.