Zakończyły się konsultacje społeczne nad projektem listy produktów dostępnych w sklepikach szkolnych. Przeciw pomysłom resortu zdrowia protestują producenci żywności. Choć nie tylko oni. – Żucie gumy po posiłku czyści zęby i przeciwdziała próchnicy. Dlaczego ma być zakazane w szkołach? – pyta Polskie Towarzystwo Stomatologiczne. Ale resort nie pozostawia złudzeń: guma może powodować biegunkę, wadę zgryzu i zgrzytanie zębami oraz prowadzić do uszkodzenia żuchwy. I eliminuje ją ze sklepików.

To niejedyna taka potyczka. Najwięcej emocji wywołuje cukier. I tak na przykład firmom sprzedającym żywność z automatów nie udało się wyprosić, by mogli oferować w nich słodzoną herbatę, a producentom artykułów spożywczych przeforsować zwiększonej zawartości cukru w napojach czy stosowania w nich różnych jego zamienników. Legalny będzie jedynie miód. I to wyłącznie ten naturalny, pszczeli.

Kłopotem w tym wypadku jest cena. – Miód to drogi składnik, dlatego nie jest wykorzystywany przy produkcji na szeroką skalę. Trudno będzie więc znaleźć towary z jego zawartością – tłumaczy Barbara Groele, dyrektor Krajowej Unii Producentów Soków. Jej zdaniem to niejedyny minus propozycji resortu zdrowia: z tego powodu wyeliminowano nektary, które choć mają duży wsad owocowo-warzywny, to zawierają właśnie cukier.

Ministerstwo ugięło się tylko w jednej kwestii: przy napojach mlecznych dodano pozycję „mleka smakowe”. Poza maksymalnie 10 g na 100 ml będzie można dodać cukier w napojach zastępujących mleczne, jak sojowych, ryżowych, orzechowych czy migdałowych. Być może urzędników przekonało Polskie Stowarzyszenie Dietetyków, które napisało, że byłyby one „nieakceptowalne sensorycznie”, czyli nie do przełknięcia.

UE dofinansowuje akcję „Mleko w szkole”, w ramach której oferowane jest dzieciom nie tylko zwykłe mleko, ale też to o smaku truskawkowym czy czekoladowym. Zakazanie cukru stanęłoby w sprzeczności z realizacją programu – wyjaśnia Paulina Promińska, wicedyrektor Szkoły Podstawowej nr 79 w Gdańsku.

Wraz ze zmianami w szkole kłopoty będą mieli przedstawicieli branży vendingowej. – Nasze maszyny od 1 września będą stały w szkole w dużej części puste. Nie mamy bowiem czym ich zapełnić. Pole manewru zawęża się do wody, soków naturalnych, chipsów jabłkowych i orzechów – komentuje Krzysztof Kamiński z Polskiej Grupy Vendingowej, która w szkołach ma 800 automatów. Sytuację utrudnia to, że wiele tzw. zdrowych przekąsek jest produkowanych w rozmiarach niepasujących do maszyn. Resort poszedł na rękę właścicielom automatów tylko w jednej sprawie: zgodził się na sprzedaż m.in. orzechów w opakowaniach po 100 g, a nie tylko, jak było początkowo planowane, 50 g.

Jednak nie ma już mowy, by dzieci kupiły sok większy niż 330 ml. Powód? Soki owocowe zawierają dużo cukrów prostych, których spożycie powinno być ograniczone.

Firmom nie udało się też przekonać urzędników, by dzieci w szkole mogły kupować ciastka zbożowe czy przekąski typu musli oraz – o co apelowała Polska Federacja Producentów Żywności Związek Pracodawców – pewnych gatunków lodów.

Ze „zdrowej listy” resortu nie jest też zadowolony Związek Spółdzielni Mleczarskich, który apelował o cofnięcie wyroku na serki topione. Jednak i tu resort pozostał nieugięty: są za tłuste. Nie dał się też namówić na to, by uczniowie mogli dodawać do sałatek czy kanapek majonez. Argument ten sam.

Przepisy po konsultacjach wręcz jeszcze bardziej zaostrzono, m.in. wykluczono margaryny na rzecz maseł. Te pierwsze mogą zawierać tłuszcze trans powodujące choroby serca. Doprecyzowano także, co znajdzie się w kanapkach. W projekcie zapisano, że będą to mogły być wędliny, które mają maksymalnie 10 g tłuszczu na 100 g wędliny. Teraz dodano, że w wędlinie musi być min. 70 proc. mięsa.

Ministerstwo podkreśla, że eksperci opracowujący projekt rozporządzenia korzystali z norm Instytutu Żywności i Żywienia. Zaproponowane zalecenia są też zgodne z profilami żywieniowymi proponowanymi przez Światową Organizację Zdrowia.

Jest jeszcze jeden aspekt przygotowywanych zmian: finansowy. Sami ajenci sklepików, szkoły i Konfederacja Lewiatan podkreślają, że wzrosną ceny produktów. Jak wylicza Lewiatan, ceny będą oscylować między 3 a 7 zł. A dzieci mają średnio do wydania dziennie około 4 zł. Część sklepów może zbankrutować. Ponadto nie mają one zaplecza, by przygotowywać własne kanapki czy wyciskane soki. Na to, że niesie to za sobą większe koszty prowadzenia czy dostosowania stołówek, zwraca uwagę kancelaria premiera.

83,7 proc. w tylu szkołach miejskich działają sklepiki szkolne

46,2 proc. w tylu szkołach wiejskich działają sklepiki szkolne

15 proc. tylko tyle sklepików szkolnych oferowało w sprzedaży warzywa

21 proc. tylko w tylu były dostępne owoce