Rower i trochę szczęścia

Bun Term ma 10 lat, trójkę rodzeństwa i dwa kilometry do szkoły. Nie ma roweru, więc chodzi piechotą - w deszcz, upał, w tę i z powrotem. Musi się spieszyć, bo po szkole aż do zmierzchu pomaga rodzicom przy krowach. Nigdy nie opuścił rodzinnej wioski, nie licząc pobliskiej świątyni. Nie ma smartfona. Nie ma komputera, nie ma pojęcia o internecie, o świecie. Tak jak świat nie ma pojęcia o jego szkole, a w zapomnianej szkole nie ma komu uczyć go angielskiego i opowiadać o cywilizacji.

Lyhour też ma 10 lat. Czarne oczy zarażają ufnością, a uśmiech nie znika nawet po puszczeniu gola w czasie gry w piłkę. Ale drugi raz tak łatwo piłka go nie minie, bo Lyhour jest ambitny i uczy się na błędach. Tego nauczyło go jego niełatwe życie. Jest jedynakiem, mieszka z babcią w bambusowym domku na palach, pokrytym liśćmi palmy. Parter to goła ziemia, gdzie chłopiec spędza dni ze świnią i kurami. W porze suchej cień chroni przed słońcem, ale gdy przychodzą deszcze, błoto sięga do kostek i Lyhour przenosi się na piętro. Jego rodzice wyjechali na zmywak do sąsiedniej Tajlandii. W Kambodży wymęczonej przez 30-letnią wojnę i terror Czerwonych Khmerów na wsi trudno o jakiekolwiek perspektywy. Prowincja zatrzymała się w XIX wieku. Z drobną domieszką nowoczesności – zamiast konnych powozów są skutery, a oliwne lampy zastąpiła żarówka. Goła, bo abażury są za drogie.

Ale Lyhour ma więcej szczęścia od Buna. Bo jego szkole w Angkor Borei udało się zdobyć wolontariuszy - młodych ludzi z całego świata, którzy na własny koszt przyjeżdżają, by uczyć dzieci angielskiego, matematyki, przyrody, fizyki... To dzięki ich pomocy szkoła w ogóle funkcjonuje.

W Kambodży państwowe szkoły, choć darmowe, uczą bardzo kiepsko i jest ich za mało. Alternatywą są prywatne prestiżowe podstawówki w dużych miastach, które jednak są droższe niż szkoły na Zachodzie – czesne to nawet ponad dwa tysiące dolarów za miesiąc. Dlatego edukacja z dala od dużych miast opiera się na małych prywatnych szkółkach, utrzymywanych przez lokalne społeczności i dzięki wsparciu wolontariuszy. Właśnie dlatego, choć rodzina Lyhoura (podobnie jak większości jego kolegów i koleżanek) nie ma pieniędzy na opłacenie szkoły, chłopiec może się uczyć.

- Szkoła to jego pasja. To miejsce, gdzie spędza dzieciństwo. Tu się wychowuje, poznaje świat, kształtuje osobowość. W przyszłości pragnie zostać nauczycielem - tak o Lyhourze opowiada dyrektor ASEAN International English School in Angkor Borei, Sophea Koy. Tłumaczy, że takich dzieci - azjatyckiej wersji eurosierot - w Kambodży jest bardzo wiele. By mogły się uczyć, potrzeba niewielkiego finansowego wsparcia i rowerów. - Nie ma tu komunikacji publicznej, a odległości od wsi do szkół są bardzo duże. Posiadanie roweru jest podstawowym warunkiem, by dziecko mogło się edukować - dodaje Sophea Koy.

Działanie siłą rozpędu i pasji

Kierowana przez niego szkoła, mimo szumnej nazwy, to po prostu zbiór blaszanych baraków, ustawionych we wsi. Powstała i trwa dzięki drobnemu wsparciu finansowemu i uporowi dyrektora. I taki scenariusz się powtarza: fundator z zagranicy - wolontariusz, który przybył w dżunglę z plecakiem i złapał wirus pomagania - przeznacza kilka tysięcy dolarów na otwarcie nowej szkoły. Potem znajduje się dyrektora: młodego, pełnego ideałów mieszkańca danej wsi, który tę szkołę poprowadzi. Kolejny krok to rejestracja firmy, potem trzeba opłacić czynsz, rachunki, wypłacić pensje khmerskim nauczycielom i znaleźć do pomocy wolontariuszy, gotować obiady dla kadry.

Czesne, choć bardzo niskie - ledwie kilka dolarów miesięcznie - opłacane jest tylko w teorii. Rodzice uczniów płacą, jeśli akurat mogą, a że najczęściej nie mogą, pensji nie dostają ani nauczyciele, ani dyrektor.

Ale to właśnie szkoła, obok pagody, staje się centrum życia wioski. Miejscem, gdzie dzieci przychodzą także w dni wolne i po godzinach. - Tutaj zawsze się coś dzieje. Nasze życie w gronie wolontariuszy staje się publiczne. Jesteśmy dla miejscowych w takim samym stopniu interesujący, jak oni dla nas - opowiada Paweł Bolek, wolontariusz z Polski, który tak zżył się ze swoją wiejską szkołą, że postanowił osiedlić się w Kambodży. Polak, który prowadzi w Takeo mały hostel i agencję turystyczną, a każdą wolną chwilę poświęca na organizowaniu pomocy dla swoich podopiecznych, wyjaśnia, że czasem dyrektorzy zakładają szkoły przy swoich domach: budują prowizoryczną klasę, a własne podwórko i część powierzchni mieszkalnej adaptują na potrzeby placówki.

- Te szkoły działają siłą woli. Jeżeli placówka ma 150 uczniów, to wpływy wynoszą, powiedzmy, kilkaset dolarów miesięcznie. Mniej więcej tyle samo pochłania czynsz i rachunki. Dopiero jeżeli coś z tego zostanie, to miejscowi, którzy pracują po 10-12 godzin dziennie, dostają pensję, najczęściej w ratach. Średnia wypłata to 100 dolarów. Wolontariusze płacą za jedzenie, dzięki czemu także khmerscy nauczyciele mają ciepły posiłek. I tak to się kręci. Ale wystarczy, że zepsuje się pompa do wody i cała społeczność ma potężny kłopot - opisuje Paweł.

Sytuacja wiejskich szkół jest tak zła, że z otwartymi rękoma przyjmą tam każdego chętnego z zachodniego świata. Tymczasem dyrektorzy nie mają ani doświadczenia, ani pieniędzy, by zareklamować swoją placówkę. A zorganizowany wolontariat trafia najczęściej do bogatszych szkół w większych miastach, których właściciele umieją się „dogadać”z międzynarodowymi organizacjami.

- To układ finansowy. Dyrektor zgarnia duże pieniądze za czesne i ma za darmo zachodnich nauczycieli, którzy w dobrej wierze płacą takim pasożytniczym firmom po kilka tysięcy euro, by móc pojechać do dzikiego kraju i pomagać biednym. Tyle że nie trafiają do naprawdę biednych, a ich pieniędzmi dzielą się pośrednicy - tłumaczy Paweł Bolek. I opisuje sytuację, której sam był świadkiem: Kiedy z dyrektorem mojej wiejskiej szkoły pojechaliśmy do stolicy żebrać o książki, w UNICEF-ie odbywał się bankiet. Wartość jedzenia z jednego stołu wystarczyłaby na podręczniki dla całej klasy. Ale usłyszeliśmy tylko obietnicę kontaktu, który oczywiście nie nastąpił. Zwykły nauczyciel, społecznik czy dyrektor szkoły nie mają szans wejść na salony. Ogrom pracy robią organizacje pozarządowe, te małe i nieznane. I to jest budujące. Tam, gdzie nie dociera ich pomoc, trafiają backpakerzy. To oni podejmują pracę w wiejskich szkołach.

Pomaganie all inclusive

Taki prywatny wolontariat jest relatywnie tani, a - co ważniejsze - pieniądze trafiają do naprawdę potrzebujących. W szkole w Angkor Borei wolontariusz płaci 20 dolarów tygodniowo za nocleg, prysznic i 2 posiłki dziennie przez 5 dni w tygodniu. Za te środki przygotowuje się obiady dla całej kadry. To 80 dolarów miesięcznie, czyli 160 za pobyt przez całe wakacje. Najdroższy jest bilet lotniczy – z dużym wyprzedzeniem i poświęcając trochę czasu na poszukiwania, można kupić lot z Warszawy do Bangkoku za 1800 zł, do tego transfer do Phnom Penh (minibusem – ok. 25 dol. albo samolotem za ok. 100 dol.) i wiza (dwumiesięczna - ok. 60 dol.). Doliczając wydatki na wyżywienie w weekendy, używki plus koszty zwiedzania - nie można nie zobaczyć słynnych świątyń w Angkor Wat – koszt dwumiesięcznego pobytu na wolontariacie w Kambodży nie powinien przekroczyć 1600-1800 dol. Tymczasem pierwsza z brzegu, znaleziona w internetowej wyszukiwarce firma organizująca wyjazdy w ramach wolontariatu, za dwumiesięczny pobyt w kambodżańskiej szkole liczy sobie ponad 5 tys. dolarów. Bez prywatnych wydatków i wycieczek.

Ale tu i tak najcenniejsze są przyjaźnie z khmerskimi dziećmi i nauczycielami z całego świata. Bywa że wolontariusze zrzucają się i kupują mieszkańcom wsi rowery albo kury, bo akurat jakąś rodzinę dotknął pomór i groziłby im głód.

- To nie do opisania. Tu trzeba przyjechać i to poczuć. Warunki są bardzo podstawowe. Dla bardziej wrażliwych mogą wydać się spartańskie. Nie ma klimatyzacji, ciepłej wody. Pamiętajmy jednak, że i tak żyjemy lepiej niż większość uczniów. Zdarza się, że do pokoju czy szkoły zawita spory pająk lub skorpion. Uwierzcie, szybko można się do tego przyzwyczaić. Przez pierwsze dni wyrabia się nawyk patrzenia pod nogi, a potem o tym zapomina - relacjonuje Paweł Bolek. Samo uczenie dzieci zajmuje 2-3 godziny dziennie i wcale nie trzeba mieć ukończonych kursów. Wystarczy w miarę poprawna znajomość angielskiego i pasja. - Pamiętam Amerykanina, który trafił do nas z zamiarem łatwego spędzenia tanich wakacji. Wytrzymał 3 dni - wspomina Polak z Takeo.

Lily - khmerska nauczycielka angielskiego - języka nauczyła się właśnie dzięki wolontariuszom. Pamięta jak niecierpliwie czekała z koleżankami na ich zajęcia.

- Oni uczyli nas wymowy. W naszej telewizji nie ma za wiele tego języka, internet nie jest powszechny, nie ma gdzie się osłuchać. Poza tym tylko wolontariusze opowiadali nam o tym, jak wygląda zachodni świat, uczyli też o naszej historii, o terrorze Czerwonych Khmerów. U nas lekcje historii to pomijają. Mówili również o możliwościach studiów za granicą, dawali nadzieję, że możemy coś w życiu osiągnąć - opowiada Lily.

Teraz taką szansę dostaje 10-letni Bun. Rodzice zgodzili się wysłać go do ciotki w Takeo, tam gdzie działa szkoła, do której docierają wolontariusze. Przez trzy miesiące będzie mógł się uczyć języka angielskiego, zobaczy też po raz pierwszy w życiu komputer. I konsolę do gier. I pozna internet. Potem niestety będzie musiał wrócić do swoich krów. I szkoły bez nadziei. Chyba że ktoś z Zachodu do niej dotrze i pokaże dzieciom inny świat.

Szkół w Kambodży, które potrzebują pomocy wolontariuszy, można szukać za pośrednictwem portali workaway.info lub helpx.net. Każdemu chętnemu pomoże też Paweł Bolek - można go znaleźć na stronie takeotravel.com lub na Skype: paulvanthold