Decyzję o demonstracji w stolicy podjął Zarząd Główny Związku Nauczycielstwa Polskiego.

Prezes związku Sławomir Broniarz przypomniał, że podwyżki to jeden z kilku postulatów nauczycieli. Twierdzą oni, że ministerstwo edukacji zachowuje się biernie wobec prywatyzacji szkół i łamania prawa przez samorządy, które chcą omijać Kartę Nauczyciela. Zdaniem Broniarza, działania takie służą neoliberalnej polityce, według której edukacja powinna być przede wszystkim tania, a nie dobra, jak chcą rodzice i nauczyciele. 

Rzeczniczka rządu Małgorzata Kidawa-Błońska wyraziła nadzieję, że nauczyciele zrozumieją, iż protest jest niepotrzebny. Pytana, czy pani premier spotka się z nimi, Małgorzata-Kidawa Błońska odparła, że rozmowy prowadzi minister edukacji. Przypomniała, że nauczyciele są jedyną grupą zawodową, która w ostatnich latach miała podwyżki.

- Wszyscy chcieliby, aby podwyżki były większe, ale mamy realny budżet i trzeba go realizować - zaznaczyła minister Kidawa-Błońska. Wyraziła nadzieję, że minister Joannie Kluzik-Rostkowskiej uda się przekonać nauczycieli. 

Związek zapowiada, że na kwietniową manifestację do Warszawy może przyjechać nawet 15 tysięcy osób. Pedagodzy zamierzają protestować przed Sejmem, kancelarią premiera oraz przed gmachem Ministerstwa Edukacji Narodowej.

Sławomir Broniarz nie wykluczył też strajku nauczycieli. Mogłoby do niego dojść jesienią, gdyby nie udało się osiągnąć porozumienia w pierwszym etapie rozmów. Prezes ZNP przypomniał, że strajk jest jedną z form rozwiązywania sporów zbiorowych, zapisaną w ustawie.

CZYTAJ TEŻ: Błąd 404 na maturze z polskiego. Dyrektorzy bali się katastrofy >>>