Gimnazjaliści zaczęli dziś trzydniowy maraton testów. Ponad 300 tys. uczniów sprawdzi wiedzę z języka polskiego i historii, w czwartek – z matematyki i przedmiotów przyrodniczych, a w piątek z języków obcych. Wyniki, które nastolatki poznają 18 czerwca, przesądzą o tym, do której szkoły trafią. Jednak – czego dowodzą rezultaty z lat poprzednich – rywalizacja między nimi wcale nie odbywa się w oparciu o zasady fair play. Egzamin jest jak zawody, w których amatorzy występują obok sportowców doinwestowanych przez globalne marki. Jasne jest, że ci drudzy będą mieli lepsze osiągnięcia.

W ubiegłym roku do egzaminu gimnazjalnego przystąpiło ponad 360 tys. uczniów szkół publicznych i 15 tys. uczniów szkół niepublicznych. Centralna Komisja Egzaminacyjna podaje, że uczniowie gimnazjów niepublicznych mieli lepszą średnią niż ci ze szkół powszechnych – w testach z języka polskiego o 1 punkt procentowy, z historii oraz przedmiotów przyrodniczych – po 4 punkty, z matematyki – o 6 punktów. Trzeba jednak pamiętać, że przy porównywaniu wyników uczniów szkół publicznych i niepublicznych nie należy osiągniętego przez szkołę średniego wyniku interpretować bezpośrednio jako wskaźnika jakości pracy szkoły. Na osiągnięcia uczniów wpływa wiele czynników, np. efektywność nauczania lub to, że szkoły publiczne mają obowiązek przyjmować wszystkie dzieci zamieszkujące w rejonie, niepubliczne zaś często selekcjonują uczniów w drodze rekrutacji – napisali w raporcie opublikowanym po testach eksperci z Centralnej Komisji Egzaminacyjnej.

Ale, jak pokazują badania, tworzyć elitarne gimnazja można nawet w publicznych instytucjach. Rodzice, kierując się obiegową opinią o szkołach i rankingami, szukają dla dzieci jak najlepszych placówek. Dyrektorzy natomiast chcą mieć u siebie jak najlepszych uczniów, którzy osiąganymi wynikami będą podbijać renomę placówki. Efekt? Miejskie gimnazja, między którymi konkurencja jest największa, prowadzą ukrytą selekcję.

Szkoły nie mogą rekrutować uczniów na podstawie ocen z testu szóstoklasisty (w teorii nawet uczniowi, któremu źle poszło, ale skończył szkołę podstawową, gimnazjum w rejonie nie może odmówić przyjęcia), więc otwierają oddziały dwujęzyczne i sprawdzają predyspozycje językowe kandydatów. Trudno jednak nazwać zbiegiem okoliczności fakt, że tego typu placówki osiągają później ponadprzeciętne wyniki w zestawieniach wyników egzaminów gimnazjalnych.

Profesor Roman Dolata z Instytutu Badań Edukacyjnych uważa, że selekcja szóstoklasistów na podstawie testów językowych to prosta droga do segregacji ekonomicznej uczniów. – Nic bardziej nie różni uczniów wywodzących się z bogatych i biednych rodzin niż znajomość języków obcych – zauważa. I dodaje, że jeśli już chcemy prowadzić selekcję na progu gimnazjów, to powinniśmy robić to na podstawie wyniku testu szóstoklasisty. Bo jest on mniej obarczony statusem finansowym ucznia niż kryterium językowe.

Zdaniem profesora dzisiejsze silne zróżnicowanie miejskich gimnazjów to wynik braku pogłębionej refleksji politycznej w trakcie przygotowywania reformy szkolnictwa z 1999 roku. – Podczas przygotowania reformy Handkego nie odbyliśmy dyskusji o tym, jakiego modelu edukacji – niemieckiego czy skandynawskiego – życzylibyśmy sobie w Polsce. Autorzy reformy deklarowali, że wyrównywanie szans edukacyjnych jest jej ważnym celem, a gimnazjum sposobem na jego urzeczywistnienie. Ponieważ nie zabezpieczono tego rozwiązaniami legislacyjnymi, szybko na progu wielkomiejskich gimnazjów uaktywniły się procesy selekcyjne. W ten sposób gimnazjum w dużych miastach jest de facto szkołą selekcyjną, a miejskie systemy szkolne zbliżyły do modelu z wczesną selekcją.

Profesor nie chce orzekać, które rozwiązanie byłoby lepsze. Twarde wyniki pokazują jednak międzynarodowe testy PISA, które badają kompetencje 15-latków. Młodzi Finowie i Szwedzi, którzy uczą się w szkołach, gdzie nie ma ani jawnej, ani ukrytej selekcji, mają w nich jedne z najlepszych wyników na świecie.

Dzielenie uczniów stymuluje konflikt

Jakie konsekwencje może mieć selekcjonowanie dwunastolatków przyjmowanych do gimnazjum?

Prof. Tomasz Szkudlarek kierownik Zakładu Filozofii Wychowania i Studiów Kulturowych w Instytucie Pedagogiki Uniwersytetu Gdańskiego: Jeśli w szkole dzielimy uczniów, to przestaje ona pełnić funkcję, do której została powołana – stwarzać szanse rozwojowe dzieciom, które nie mają tego zapewnionego w domu. W procesie nauczania ważniejszy powinien być czynnik zdolności ucznia, a nie kapitału kulturowego rodziców. Jeśli wprowadzamy wczesną segregację, ważniejsze będzie to, jaki kapitał wynosi dziecko z domu. To z kolei uniemożliwia awans dzieciom z dolnych partii drabiny społecznej.

Czy ten trend da się odwrócić?

To bardzo trudne, ponieważ interesy osób, które są lepiej sytuowane, sprzyjają segregacji. Tymczasem segregacja wydaje mi się społecznie niebezpieczna. Badania pokazują, że w środowiskach nieselekcyjnych, czyli szkołach, w których mamy dzieci o różnym poziomie umiejętności, lepsi uczniowie nie doznają uszczerbku, a słabsi nieco się podnoszą. Mamy też efekt wzajemnego uczenia się dzieci z różnych środowisk i zwiększoną tolerancję na różnorodność. W Polsce jest bardzo niski wskaźnik zaufania społecznego, a segregacja będzie tylko napędzała ten trend, którego innym elementem jest na przykład wyprowadzanie się z wymieszanych osiedli do enklaw. Segregacja stylów życia stymuluje wzajemną nieufność i napędza konfliktowe postrzeganie świata.