To, że Maria Lorek z fundacji Elementarz będzie odpowiedzialna za przygotowanie darmowego podręcznika dla pierwszoklasistów, przyjęto entuzjastycznie. Lorek jest szanowana i w środowisku edukacyjnym, i wydawniczym. To ona przygotowywała materiały edukacyjne dla polskich nauczycieli i uczniów z Polonii w serwisie „Włącz Polskę”, jest autorką kilkudziesięciu publikacji i podręczników dla m.in. „Elementarza pierwszej klasy”.

Dużo mniej entuzjastycznie, jak się okazuje, oceniony został w ramach konsultacji społecznych sam projekt ustawy wprowadzający od tego roku bezpłatne rządowe podręczniki dla klas I, a od przyszłego roku dotację na zakup książek przez podstawówki i gimnazja.

Jak się można było spodziewać, reforma zebrała ostre oceny od organizacji wydawców, Lewiatana reprezentującego przedsiębiorców czy Związku Nauczycielstwa Polskiego. Ale tez inne resorty mają do niej uwagi. Ministerstwo Pracy zauważa, że zapomniano o uczniach niepełnosprawnych, MAiC podkreśla, że dyskryminowani mogą być uczniowie z mniejszości narodowościowych, ale najostrzejsze oceny wystawił resort finansów.

Z analizy MF wynika, że ocena skutków regulacji w części dotyczącej kosztów projektu jest życzeniowa. „(...) nie jest uprawnione założenie, że wystąpią dodatkowe dochody budżetowe wynikające ze zmian wprowadzanych w projekcie” – pisze podsekretarz stanu Hanna Majszczyk. MEN wyliczyło, że dzięki oszczędnościom na podręcznikach rodzice zaczną więcej wydawać na inne cele konsumpcyjne i to takie, na które jest wyższy VAT niż na podręcznikach. Te nadzieje rozwiewa MF: „Bardziej prawdopodobne wydaje się wydatkowanie tych kwot na artykuły podstawowe opodatkowane stawką VAT 5 proc. i 8 proc. Ponadto, zakładając zmniejszenie cen podręczników, należałoby raczej przewidywać zmniejszenie wpływów z podatku VAT”. Jako oderwany od rzeczywistości resort finansów ocenił też pomysł MEN, że dodatkowym źródłem finansowania reformy podręcznikowej może być rezerwa ogólna państwa, która jest przewidziana na nadzwyczajne wydarzenia, jak np. klęski żywiołowe.

Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów jeszcze kierowany przez byłą prezes Małgorzatę Krasnodębską-Tomkiel choć popiera ideę zmian w systemie podręczników, to proponowaną reformę też krytykuje. Największe wątpliwości budzi to, czy proponowane rozwiązania są proporcjonalne do zidentyfikowanego problemu, a zarazem „możliwie najmniej ingerujące w funkcjonowanie obrotu rynkowego i konkurencję”. UOKIK ostrzega, że „może to prowadzić w praktyce do ustanowienia monopolu państwa” na rynku podręczników do klas I–III. Kontrowersje wzbudza też zapis, by działania wydawców oferujących szkołom wraz z podręcznikami bezpłatnie pomoce naukowe czy podręczniki dla nauczyciela uznać za czyny nieuczciwej konkurencji. Tak według UOKiK, jak i Rządowego Centrum Legislacji to rozwiązanie stanowczo na wyrost i każde takie działanie powinno być oceniane indywidualnie.

Właśnnie ze strony RCL podręcznikowa rewolucja zebrała najwięcej krytyki. Jego prezes Maciej Berek pisze: „biorąc pod uwagę aktualny etap prac legislacyjnych nad projektem oraz przewidywany termin dostosowania tych podręczników do nowych wymagań, proponowane rozwiązania należy ocenić jako naruszające wynikającą z zasady demokratycznego państwa prawa zasadę ochrony interesów w toku, wyrażoną w art. 2 konstytucji”. Chodzi o to, że wydawcy nie będą mieli czasu na dostosowanie do zmian.

Za konstytucyjnie wątpliwe RCL ocenia też szanse by nauczyciele i szkoły zdążyły się przygotować do ich wprowadzenia. Właściwie cała opinia RCL punkt po punkcie krytykuje ustawę przedstawioną przez MEN. Oprócz tych zarzutów RCL ma uwagi do praktycznie niemal wszystkich nowych przepisów od tego, że niewyjaśniona jest sytuacja szkół artystycznych, niewystarczająco jasne są rozwiązania przewidziane dla szkół niepublicznych, po weryfikację maksymalnych kwot dotacji na książki.

Mimo tych wszystkich nieścisłości rząd wciąż zamierza bezpłatne podręczniki do szkół wprowadzić już we wrześniu tego roku.