Główne źródło dochodu polskich szkół wyższych to pieniądze, które otrzymują na działalność dydaktyczną z Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego, oraz te, które dostają z kieszeni studentów. Przychody z działalności badawczej są marginalne. Jak wynika z dokumentów MNiSW, ich wysokość jest podobna od lat. W przypadku wielu uczelni nie wynosi nawet 5 proc. budżetu. Nasza sonda pokazuje, żev na uczelniach w USA, Kanadzie i Europie te proporcje są odwrócone. Uczelnie zarabiają, wykorzystując swój potencjał intelektualny. Kroplówka państwa ma znaczenie drugorzędne.

W Polsce dotacja ministerialna stanowi od 50 do ponad 80 proc. budżetów uczelni. Maksymalnie do 40 proc. szkoły wyższe pozyskują z płatnych zajęć. Na badaniach najwięcej zarabiają szkoły techniczne – średnio generują w ten sposób jedną czwartą przychodów. Najgorzej radzą sobie w tym obszarze uczelnie ekonomiczne. One najwięcej pieniędzy pozyskują z opłat za zajęcia dydaktyczne.

To niejedyne niepokojące dane. Według raportu Najwyższej Izby Kontroli aż 84 proc. państwowych grantów wydano na badania – jak pisze NIK – „nastawione na utrzymanie kadr”, co oznacza, że nauka miała w ich przypadku znaczenie drugorzędne.

Naukowcy tłumaczą, że wina nie tyle leży po stronie uczelni. Kłopotem jest raczej niskie finansowanie nauki, w tym badań, na które przeznaczanych jest zaledwie 0,44 proc. PKB. Minister nauki Barbara Kudrycka zwraca uwagę, że finansowanie rośnie, jest też coraz więcej pieniędzy właśnie na badania i granty. Uczelnie mogą również zdobywać pieniądze z sektora prywatnego.

Przychody wszystkich polskich szkół wyższych z badań naukowych nie przekraczają 100 mln dol. rocznie. To niemal dwukrotnie mniej, niż wyniosły roczne przychody jednej tylko szkoły z USA. W 2011 r. Uniwersytet Kalifornijski na sprzedaży efektów swoich prac zarobił 182 mln dol.